Rozmiar czcionki:

MIEJSCE PAMIĘCI I MUZEUM AUSCHWITZ-BIRKENAU BYŁY NIEMIECKI NAZISTOWSKI
OBÓZ KONCENTRACYJNY I ZAGŁADY

Trzydziestu pierwszych więźniów funkcyjnych z KL Auschwitz

Transkrypcja podcastu

 

\

Posłuchaj na: SPOTIFY | APPLE PODCAST

Szczególną grupą więźniów obozu Auschwitz byli więźniowie funkcyjni, odpowiedzialni m.in. za utrzymywanie dyscypliny wśród więźniów, porządku w blokach czy nadzorowanie wykonywanej pracy. O pierwszych trzydziestu więźniach funkcyjnych – Niemcach przywiezionych do KL Auschwitz 20 maja 1940 roku i oznaczonych numerami od 1 do 30 opowiada dr Wojciech Płosa, kierownik Archiwum Muzeum Auschwitz.

14 czerwca 1940 roku do KL Auschwitz zostali przywiezieni pierwsi polscy więźniowie polityczni. Tutaj czekało już na nich 30 więźniów, Niemców, przywiezionych z obozu Sachsenhausen. Skąd ten pomysł, kto ich wybrał i czym się kierowano przy wyborze akurat tych osób?

To był pomysł założyciela i pierwszego komendanta KL Auschwitz, Rudolfa Hössa, który specjalnie skierował do KL Sachsenhausen, gdzie niegdyś służył, oficera raportowego z KL Auschwitz, Gerharda Palitzscha, z poleceniem, aby wybrał 30 więźniów dotychczas przebywających właśnie w obozie Sachsenhausen, przywiózł ich do Auschwitz i oni mieli pełnić rolę więźniów funkcyjnych w tym nowotworzonym obozie. Tak się to zresztą najczęściej odbywało. Poszukiwano już takich więźniów, którzy mieli doświadczenie, byli długoletnimi więźniami obozów koncentracyjnych, więc zdawali sobie sprawę z tego, jak takie obozy funkcjonują i zostali skierowani z Sachsenhausen do Auschwitz. Natomiast kryteria wyboru, można by powiedzieć, są dwojakie, dlatego że po pierwsze oczywiście ważna była kwestia tego rodzaju, że obóz Auschwitz miał dopiero powstać, więc poszukiwano więźniów, którzy będą w stanie pokierować podległymi sobie więźniami w realizacji konkretnych zadań, czy to budowlanych, czy innych, dlatego że, jeżeli chodzi o Auschwitz, właściwie dysponowano tylko terenem po armii austriackiej, potem po wojsku polskim, więc trzeba było ten obóz niejako tutaj zorganizować od podstaw. Zatem ważne było to, żeby ci nowo przywiezieni więźniowie funkcyjni potrafili w sposób właściwy pokierować pozostałymi więźniami, żeby oni realizowali zadania przy organizacji, przy budowie i rozbudowie obozu. A druga kwestia, niewątpliwie też istotna, to były cechy charakterologiczne, jakimi mieli się ci więźniowie funkcyjni wyróżniać, bo musimy pamiętać o tym, że poszukiwano takich osób, które będą ślepo i skutecznie realizować zadania, czyli będą ślepo i skutecznie wykonywać polecenia, rozkazy, ze strony esesmanów i nie będą kierować się współczuciem, czy troską o podległych sobie więźniów. Tutaj zresztą trzeba podkreślić, że tych 30 wybranych więźniów kryminalnych, czyli tych Berufsverbrecher, jak to ich określano w nomenklaturze nazistowskiej, zostało pouczonych, że tam w Auschwitz czeka ich spotkanie z przestępcami polskimi, z najgorszą, można powiedzieć, warstwą, czy grupą społeczeństwa polskiego, co oczywiście było nieprawdą, ale to służyło swego rodzaju takiej mobilizacji i to była taka złośliwa propaganda. Ale oczywiście też taka próba ze strony władz KL Auschwitz od razu stworzenia tego głębokiego podziału między nowo przywiezionymi więźniami funkcyjnymi a tymi więźniami, którymi oni mieli w przyszłości kierować.

Kim byli ci ludzie, ta pierwsza trzydziestka więźniów z KL Auschwitz? Czy wiemy coś o ich życiu przed wojną? Dlaczego w ogóle trafili do obozu Sachsenhausen?

To byli przede wszystkim wielokrotni recydywiści. To były osoby, które miały na swoim koncie mnóstwo różnego rodzaju przestępstw. Oni niekoniecznie musieli wszyscy być skazani tylko i wyłącznie na przykład za pobicia czy rozboje, chociaż nie brakowało takich osób wśród nich, ale to byli również i oszuści, to byli złodzieje, włamywacze, nie brakowało wśród nich takich osób, które były skazane za sutenerstwo czy za stręczycielstwo. Więc oni mieli na swoim koncie różnego rodzaju przewinienia, popełniane wielokrotnie, więc koniec końców najczęściej po którymś z kolei wyroku sąd skazywał ich jednak na przeniesienie z więzienia w tym systemie penitencjarnym niemieckim do obozu koncentracyjnego. To był któryś z tych obozów już funkcjonujących, czyli albo Dachau albo właśnie Sachsenhausen, jako takie osoby, które właśnie określano jako zawodowych przestępców. Czyli takie, które zasadniczo funkcjonując w tym kształtowanym na modłę nazistowską społeczeństwie, właściwie tam dla nich nie ma miejsca, ponieważ oni notorycznie łamią prawo, ponieważ oni nie rokują za bardzo nadziei na to, że się poprawią, to znaczy, że pobyt w zwykłym więzieniu przyniesie ich reedukację, więc skazywano ich na pobyt w obozie koncentracyjnym. Oczywiście mógł to być pobyt bezterminowy, jak to czasami określano, do końca wojny, co też było oczywiście mglistą perspektywą, jeżeli mówimy o połowie 1940 roku, jak w tym przypadku. Choć od czasu do czasu zdarzały się takie historie, że niektórych z nich zwalniano na różnych warunkach. Ale generalnie były to osoby, które ze względu na swoją kryminalną przeszłość nie pasowały do funkcjonowania w społeczeństwie otwartym.

20 maja 1940 roku zostali przywiezieni właśnie do KL Auschwitz. Możemy coś więcej powiedzieć, jaka miała być ich rola właśnie w obozie?  

Tak, oni mieli być więźniami funkcyjnymi, czyli mieli przejąć obowiązki tych najważniejszych więźniów w systemie, w tej hierarchii obozowej. Spośród nich esesmani, na miejscu w Auschwitz, wybrali starszego obozu, dwóch jego zastępców i kierowników czy kapów poszczególnych komand roboczych. Przy czym, tak jak powiedzieliśmy, tu bardzo istotne znaczenie miało to, że esesmani w Auschwitz już doskonale wiedzieli, że współpraca z tymi nowo przywiezionymi więźniami z Sachsenhausen będzie układała się dobrze. Bo to byli więźniowie doskonale znający realia obozów koncentracyjnych. To byli więźniowie, którzy nie mieli żadnego problemu z wykonywaniem poleceń czy rozkazów wydawanych im przez esesmanów. I oczywiście nie było między tymi więźniami funkcyjnymi a esesmanami żadnych problemów komunikacyjnych. To też jest istotne, bo tutaj mamy do czynienia z więźniami - Niemcami. Dlatego dla nich porozumiewanie się z esesmanami w języku niemieckim oczywiście nie stanowiło problemu. Ich rolą oprócz tego było właśnie sprawowanie tej funkcji pośredniej między esesmanami a zwykłymi więźniami. Bo jak doskonale wiemy, mimo tego, że załoga SS była stale powiększana, to esesmani nie przebywali przez cały czas, przez 24 godziny na dobę z więźniami. Ta rola spadała na właśnie więźniów funkcyjnych. Dlatego esesmani potrzebowali tutaj do wypełniania takiej roli właśnie więźniów doświadczonych i więźniów takich, którzy jako funkcyjni będą się w sposób właściwy i zadowalający wywiązywać ze swoich zadań. Czyli będą innymi słowy, gdy trzeba, będą brutalni, będą bezwzględni wobec podległych sobie więźniów, tak żeby praca jaką mają ci więźniowie wykonać, czy inne obowiązki, wszystko to było wykonane zgodnie z rozkazami. Więc ci więźniowie funkcyjni byli specyficzną grupą, bardzo ważną z punktu widzenia esesmanów do właściwego funkcjonowania obozu. W związku z tym również ci więźniowie funkcyjni mogli liczyć na swego rodzaju profity. Oni byli w uprzywilejowanej sytuacji w stosunku do zwykłych więźniów. Mogli liczyć na to, że będą lepiej żywieni, mogli liczyć na to, że będą mieli lepszej jakości odzież obozową, mogli liczyć na to, że w tych realiach obozu koncentracyjnego jako więźniowie przebywający w blokach będą mogli liczyć na jakimś minimum intymności, to znaczy będą mogli mieszkać w osobnych pomieszczeniach, a nie w tych wspólnych izbach mieszkalnych, gdzie musieliby stale przebywać z innymi więźniami. Oczywiście takie funkcjonowanie zawsze się wiązało z tym, że za te przywileje trzeba było płacić, czyli trzeba było wywiązywać się w sposób absolutnie bez zarzutu z tych narzuconych obowiązków, jakich esesmani oczekiwali od więźniów funkcyjnych wobec więźniów im podległych.

Mieli być brutalni i bezwzględni wobec więźniów i czy faktycznie tacy byli? Czy wiemy co mówili o tej pierwszej trzydziestce funkcyjnych byli więźniowie? Jak ich wspominał sam komendant obozu Rudolf Höss?

To jest też właśnie bardzo interesujące. Tu musimy pamiętać, że istotnie bardzo dużo takich szczegółowych opisów, celnych charakterystyk tych więźniów z pierwszej trzydziestki się zachowało. One są nie tylko w powojennych relacjach i wspomnieniach ocalałych więźniów, szczególnie tych właśnie z pierwszych transportów, którzy siłą rzeczy oczywiście częściej mogli się stykać z tymi więźniami z pierwszej trzydziestki. Ale również musimy pamiętać o tym, że w latach 60-tych dr Stanisław Kłodziński prowadził badania nad KZ-syndromem, czyli na tym jak pobyt w obozach koncentracyjnych wpływał na stan psychiczny i fizyczny właśnie byłych więźniów, ocalałych. I on rozsyłał takie ankiety tematyczne do właśnie byłych więźniów, wypytując ich o różne zagadnienia, które były dla niego ważne z punktu widzenia badawczego. I m.in. właśnie do licznej grupy ocalałych wysłał takie ankiety dotyczące, jak on to ujął, więźniów kryminalistów. I właśnie te ankiety, które mamy zgromadzone w zbiorach naszego archiwum, stanowią bardzo istotne źródło na temat tego, jak postępowali więźniowie funkcyjni tej pierwszej trzydziestki, jak się zachowywali, jak odnosili się do więźniów, jak też odnosili się do siebie nawzajem. To jest też dość istotna kwestia, jakie były ich relacje w stosunkach do esesmanów, jak sobie wzajemnie pomagali. I tutaj mamy naprawdę ogromną ilość informacji. Tak jak możemy sobie to uświadomić i jak się zapewne domyślamy, większość tych byłych więźniów oczywiście zapamiętała tych więźniów funkcyjnych jako okrutnych, takich, którzy potrafili zabijać czy w bardzo wymyślny sposób znęcać się nad więźniami. Ale niektórzy z nich pozostawali w komandach dość długo pod kierunkiem pewnych konkretnych więźniów funkcyjnych i oni ich poznawali, powiedzielibyśmy, lepiej. Poznawali ich w trochę innych sytuacjach. Więc może się tak zdarzyć rzeczywiście, że niektóre wzmianki o niektórych postaciach spośród tej pierwszej trzydziestki absolutnie uznawanych za właśnie takich bestialskich więźniów czasami mogą nas nawet i nieco zdziwić, że oni potrafili od czasu do czasu okazać jakieś koleżeństwo, okazać pewnego rodzaju życzliwość. Swoistym takim przykładem byłby tutaj właśnie Bruno Brodniewicz, ten pierwszy lagerälteste, czyli starszy obozu oznaczony numerem jeden, o którym zachowały się oczywiście takie relacje, że on był wyjątkowo brutalnym człowiekiem. Doprowadzał m.in. do tego swoim zachowaniem, że wprowadził swoisty terror. Na przykład zmuszał innych więźniów, żeby zdejmowali przed nim czapkę. Właściwie więzień nie powinien przed więzieniem funkcyjnym tak się zachować. On miał obowiązek zdjąć czapkę i zameldować się esesmanowi, ale nie więźniowi funkcyjnemu. A Brodniewicz do tego doprowadził. Natomiast zachowały się też właśnie takie relacje mówiące o tym, że na przykład on mając świadomość tego, że wcześniej jakąś grupę więźniów ukarał na przykład za to, że wykonywali jego zdaniem pracę w sposób opieszały i na przykład musieli w związku z tym stać bez posiłku na karnym apelu. Ale kiedy oni wrócili po tym apelu wieczorem do swojego bloku, nagle zjawił się tam Brodniewicz z dodatkową zupą i z kawałkami chleba dla nich, żeby im to jakoś, w jakiś sposób wynagrodzić. To oczywiście nie były częste z jego strony zachowania i dlatego one zapadły w pamięć tym ocalałym. Ale generalnie oczywiście wielu więźniów doskonale zdawało sobie sprawę z tego, jak postępują więźniowie funkcyjni z tej pierwszej trzydziestki, kogo należy się wystrzegać, komu należy zejść z drogi i starali się oczywiście trzymać tych wytycznych. Natomiast sam Höss, który też przecież miał wieloletnie doświadczenie jako esesman pełniący służbę w obozach koncentracyjnych, generalnie więźniów tych funkcyjnych dzielił na trzy grupy. I do pierwszej zaliczył tych takich skrajnych sadystów, którzy te swoje wszystkie popędy, złe nastroje, kompleksy i tak dalej wyładowują na podlegających sobie więźniach i oni znajdą każdą nadarzającą się okazję do tego, aby z tych swoich więźniów, którzy im podlegają, uczynić ofiary swoich różnego rodzaju takich właśnie zwyrodniałych zachowań. I to mogło być dręczenie nie tylko fizyczne w sensie bicia czy tortur, to mogło być też właśnie dręczenie psychiczne poprzez różnego rodzaju docinki, poprzez poniżanie, używanie wulgaryzmów w stosunku do nich i tak dalej. Druga grupa to byli, zdaniem Hössa, więźniowie, którzy będąc więźniami funkcyjnymi swoje obowiązki wykonują z taką służalczością, z taką, jak on to określał, nawet obojętną tępotą. To znaczy ściśle trzymają się regulaminów, nie okazując absolutnie żadnych emocji, a tym bardziej żadnej życzliwości wobec więźniów, którzy im podlegają. A trzecia grupa, zdaniem Hössa, to byli więźniowie, którzy mogli się wydawać nawet z punktu widzenia więźniów w im podległym dobroduszni, ale raczej nie mieli też żadnych zasad moralnych, więc w każdej chwili, kiedy to i tylko było na rękę, nie mogli się posunąć do karania, czy do jakiegoś wyjątkowo złego traktowania więźniów. W każdym razie ci zwykli więźniowie, którzy zetknęli się z tymi więźniami funkcyjnymi z pierwszej trzydziestki, raczej na ogół zdawali sobie sprawę z tego, że mają do czynienia z ludźmi, którzy nie cofną się przed niczym, żeby wymusić na nich realizację rozkazów. Oczywiście byli tacy więźniowie funkcyjni, którzy lubili się popisywać przed esesmanami, albo postępowali w ten sposób, że krzyczeli, czy bili podległych sobie więźniów tylko w obecności esesmanów. Natomiast raczej większość z tych więźniów z tej pierwszej trzydziestki zapisała się w pamięci więźniów, którzy im podlegali, jako osoby, które musiały, i to egzekwowały na każdym kroku, trzymać się regulaminu. Wykonywali oni polecenia esesmanów w sposób bezwzględny i tylko od czasu do czasu, można się było spodziewać, jakieś niewielkie odstępstwa od tej reguły miały miejsce. Ale generalnie byli to więźniowie, którzy nie widzieli innej drogi postępowania, jak tylko bezwzględne wykonywanie poleceń. A jeżeli więźniowie im podlegli, tego nie robili, to musieli się liczyć z karami. Oczywiście tu jest też dość istotna kwestia, o której cały czas musimy pamiętać, że obóz się rozrastał. Więźniów przywożono coraz więcej, więc oczywiście też i więźniów funkcyjnych było potrzebnych coraz więcej. Ale też jest rzeczą istotną, żeby pamiętać o tym, że rzeczywiście, jeżeli więzień nie wywiązywał się we właściwy sposób z tych obowiązków, jakie spoczywały na nim jako na więźniu funkcyjnym, mógł zostać tej funkcji pozbawiony. I wtedy był degradowany do roli zwykłego więźnia. A tego więźniowie funkcyjni starali się wystrzegać, bo jeżeli byli brutalni, jeżeli prześladowali podległych sobie więźniów, wtedy, kiedy przestawali być więźniami funkcyjnymi i trafiali między zwykłych więźniów, już ich żaden przywilej nie chronił, już ich żaden esesman nie mógł brać w obronę i oni najczęściej w związku z tym ponosili potem karę, być może nawet w postaci samosądu od więźniów, których będąc funkcyjnymi, traktowali źle.

Wspominał Pan już Bruno Brodniewicza, więźnia oznaczonego numerem jeden w obozie Auschwitz. A czy może Pan podać jakieś inne przykłady więźniów funkcyjnych z tej pierwszej trzydziestki?

To jest wiele takich historii, można by tutaj przytaczać. Może tutaj jeszcze tylko taka jedna uwaga. Zasadniczo znamy bardziej czy mniej szczegółowo, ale raczej możemy wiele powiedzieć o 29 więźniach z tej grupy. Nie udało się do dziś ustalić danych więźnia, który był oznaczony nr 9 i na jego temat prawie nic nie wiemy. Natomiast rzeczywiście Bruno Brodniewicz to była taka postać, która się w sposób wyjątkowo mocny wyryła w pamięć innych więźniów. Chociaż trzeba powiedzieć, że on tym pierwszym, starszym obozu był do pamiętnego w historii Auschwitz wydarzenia, które miało miejsce 29 grudnia 1942 roku. Bo wtedy z obozu uciekł Otto Küsel. Więzień nr 2 to był arbeitsdienst, czyli więzień odpowiedzialny za kierowanie innych więźniów do konkretnych komand roboczych. I o Otto Küselu akurat wszyscy więźniowie, którzy się z nim zetknęli, którzy go znali, mówią w samych superlatywach, że to był więzień, który robił wszystko, żeby innym więźniom pomóc. Przede wszystkim starannie wypytywał o zawód. Udzielał rad szczególnie takim więźniom, którzy nie byli rzemieślnikami czy robotnikami z zawodu, ale właśnie byli to na przykład przedstawiciele wolnych zawodów i oni mieli bardzo trudną sytuację, bo zasadniczo w obozie liczyli się ci, którzy potrafili podołać ciężkiej pracy albo potrafili wykonywać jakiś konkretny fach, na przykład elektrycy czy stolarze. Więc Otto Küsel miał tę możliwość, żeby kierując więźniów do pracy, pomóc im, na przykład właśnie takich słabych fizycznie, czy niekoniecznie znających się na jakichś konkretnych fachach, kierował do takich komand, gdzie można było na przykład siedząc pod dachem obierać ziemniaki albo sortować odzież w magazynie albo coś podobnego. W każdym razie Otto Küsel i jeszcze trzej inni więźniowie, Jan Baraś, Mieczysław Januszewski i Bolesław Kuczbara, postanowili z obozu uciec. To była bardzo dobrze przygotowana ucieczka. Więźniowie ukryli się w szafach, szafy były na wozie zaprzężonym w konia, a powoził Otto Küsel, który swoją obecnością oczywiście nie wzbudził większego zainteresowania esesmanów. Oni widząc dobrze sobie znajomego więźnia funkcyjnego, pozwolili mu spokojnie, nie kontrolując go właściwie, wyjechać z obozu. A on skierował się później przez Broszkowice do Libiąża. Tam czekał na nich Andrzej Harat, członek przyobozowego ruchu oporu. I to jest też ciekawe, że właśnie tam, kiedy ruszyła pogoń esesmańska za tymi zbiegami, w pewnym momencie odnaleziono pasiaki, porzucone przez tych więźniów, którzy uciekli. I w pasiaku Otto Küsela znaleziono list, w którym Otto Küsel bardzo wylewnie dziękował Brodniewiczowi za pomoc w tej ucieczce. Co oczywiście było nieprawną. Brodniewicz zielonego pojęcia nie miał o tym, że Otto Küsel i jeszcze inni więźniowie będą uciekać. Ale możemy sobie wyobrazić, jak gestapo obozowe zareagowało na taki dokument. Najpierw oczywiście Brodniewicza przesłuchano. Trafił do podziemi, do cel w bloku jedenastym. I właściwie został pozbawiony tej funkcji, tego starszego obozu, przeniesiono go, w Auschwitz I, przeniesiono go na takie same stanowisko do Auschwitz II, do Birkenau, potem do obozu dla Romów. Ale już ta jego pozycja nie była taka, jak w początkach istnienia obozu. Potem był jeszcze starszym obozu w podobozie Neu-Dachs w Jaworznie. I tutaj znowu taka intryga więźniów spowodowała, że on został z tego stanowiska usunięty. Bo tutaj więźniowie podrzucili do jego kwatery odzież cywilną i waluty. I potem donieśli esesmanom, że Brodniewicz przygotowuje się do ucieczki. Co też oczywiście nie było prawdą. Więc przeniesiono go z tego podobozu Neu-Dachs do Eintrachthütte w Świętochłowicach. Później do podobozu Bismarckhütte w Chorzowie. W końcu po ewakuacji Auschwitz w styczniu 1945 roku trafił do obozu Mittelbau-Dora, a stamtąd do Bergen-Belsen i tam doczekał wyzwolenia. Początkowo właśnie, bo takie zaraz po wojnie były informacje, okazały się one później fałszywe. Mówiono o tym, mieli być nawet naoczni świadkowie tego, że Brodniewicz został tam w wyniku samosądu zabity. Ale tak nie było. On zmarł w latach 60. w Niemczech Zachodnich. Z kolei Otto Küsel, który trochę się nauczył języka polskiego w obozie, razem z Janem Barasiem dotarł do Warszawy. Chciał się zaangażować w działalność ruchu oporu, ale nie był specjalnie dobrze widziany przez polskich członków podziemia, szczególnie dlatego, że oni mu nie ufali jako Niemcowi. Ten jego język polski nie był na tyle dobry, żeby mógł się tam tak swobodnie poruszać. W końcu w Warszawie został we wrześniu 1943 roku aresztowany. Przywieziono go z powrotem do Auschwitz. Oczywiście natychmiast został rozpoznany jako ten zbiegły więzień funkcyjny. Przeszedł śledztwo w obozowym gestapo, ale wydaje się, że absolutnie nikogo nie zdradził. I w lutym 1944 roku został wywieziony z KL Auschwitz, przeniesiony do Flossenbürga, gdzie doczekał wyzwolenia. I to jest też ciekawe, że w 1946 roku premier Józef Cyrankiewicz, też były więzień Auschwitz i Mauthausen, wystąpił z taką propozycją, że z powodu tych zasług, z tego zacnego swojego postępowania w obozie, Otto Küsel powinien zostać uhonorowany honorowym polskim obywatelstwem. Ale właściwie to pozostało tylko w sferze takich propozycji, nigdy to się tak naprawdę nie stało. Natomiast w 1981 roku Otto Küsel otrzymał pewne wyróżnienie, to znaczy został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, ale przez prezydenta Polski na uchodźstwie, przez Edwarda Raczyńskiego. Tutaj można by jeszcze chociażby wspomnieć o Leo Wieczorku, więźniu o numerze 30, który był zastępcą Brodniewicza, czyli drugim lagerältesterem. To był człowiek, który rzeczywiście słynął z wyjątkowej brutalności, miał na swoim koncie wiele przestępstw. Więźniowie wystrzegali się go jak tylko mogli, bo on nie tylko był brutalny, również wymyślał bardzo brutalne kary czy tortury, ale i na niego przyszedł kres. Wiedziano bowiem, więźniowie o tym doskonale wiedzieli, że jest to człowiek łasy na różnego rodzaju prezenty. Przemycono z magazynów Kanady taki bardzo elegancki sweter, który się oczywiście wyjątkowo spodobał, więc nosił go z dumą. Nie wiedział tylko, że w tym swetrze są zarażone tyfusem wszy i on także na tyfus zachorował. Tutaj esesmani nie mogli pozwolić na to, żeby więzień był leczony w szpitalu esesmańskim, ale nakazali więźniom pracującym jako lekarze w szpitalu obozowym, żeby umieścili Wieczorka w osobnej sali i żeby oczywiście tam robili wszystko, żeby wyzdrowiał. On tyfus przeszedł, z tyfusu wyszedł, ale zmarł na powikłania po tyfusie, najprawdopodobniej na zapalenie opon mózgowych 3 lipca 1942 roku. Oczywiście można by było jeszcze wiele innych życiorysów mniej czy bardziej szczegółowo przytoczyć, ale myślę, że te są takie dość interesujące i też dość charakterystyczne dla tej grupy 30 więźniów, pierwszych więźniów funkcyjnych.

A czy z tej grupy były jakieś przypadki zwolnienia z obozu, czy też przeniesienia do innych obozów, albo na przykład włączenia do Wehrmachtu, wysłania na front?

Tak, dokładnie. To też była taka dość charakterystyczna cecha, przy czym to następowało, można powiedzieć, stopniowo. Generalnie 14 z tych więźniów zostało z obozu zwolnionych, tylko tutaj musimy uczynić pewne rozróżnienie, dlatego że pięciu z tych więźniów funkcyjnych dopiero w 1944 roku zostało zwolnionych, ale pod jednym warunkiem, że od razu wstąpią do dywizji Dirlewangera. To była ta jednostka, która m.in. tłumiła powstanie warszawskie i nawet Jansen, jeden z tych więźniów funkcyjnych, wtedy podczas tych walk właśnie z powstańcami warszawskimi zginął. Więc tutaj można powiedzieć, że ich zwolnienie było takie warunkowe. Nie wychodzili na wolność, tylko zostali przeniesieni od razu z obozu koncentracyjnego w szeregi konkretnej i takiej bardzo specyficznej jednostki SS. Natomiast dziewięciu zostało całkowicie zwolnionych, to znaczy oni otrzymali potwierdzenie tego, że są zwolnieni z obozu, z czego pięciu z nich pracowało na rzecz obozu Auschwitz, np. tak jak Erich Grönke, który został kierownikiem obozowej garbarni, tam gdzie wcześniej zresztą też pracował, albo np. Arthur Balke, który został przeniesiony do Chełmka i pracował w zakładach Bata. Ciekawe jest to, że np. oprócz tego Ottona Küsela jeszcze dwa inni więźniowie z tej pierwszej trzydziestki też zbiegli z Auschwitz. Jonny Lechenich na przykład, którego do końca wojny nie udało się Niemcom wytropić. Willi Meyer został złapany, choć dopiero w 1944 roku i tak jak Otto Küsel z powrotem przywieziony do Auschwitz.

O losach powojennych niektórych z tych więźniów już Pan mówił. Wiemy, że niektórzy z tej pierwszej trzydziestki więźniów funkcyjnych zmarli w obozie. A czy wiemy co stało się po wojnie z tymi, co przeżyli obóz?     

Siedmiu więźniów z tej pierwszej trzydziestki zmarło w KL Auschwitz, zginęli w różnych okolicznościach. Natomiast jeden, ten słynny Hans von Siegroth, więzień numer 26, taki jednoręki kapo, który też się zapisał w pamięci więźniów jako wyjątkowo brutalny człowiek. A poza tym był też bardzo dobry, początkowo był w bardzo dobrych stosunkach z esesmanami. Szczególnie jeśli chodzi o gromadzenie różnego rodzaju walut, innych kosztowności, czyli po prostu z esesmanami handlował. On też zginął, tylko nie w Auschwitz. W lipcu 1941 roku z obozu Auschwitz skierowano do zakładu eutanazji Sonnenstein grupę więźniów. Wcześniej ich wprowadzając w błąd, bo władze obozowe stwierdziły, że wszyscy ci, którzy są na tyle słabi czy chorzy, że uważają, iż nie podołają pracy w obozie, to mogą się przenieść do tzw. obozu rekonwalescencyjnego. To było bardzo dziwne i dotychczas niespotykane w ogóle określenie, ale znaleźli się tacy więźniowie, którzy się zgodzili na ten wyjazd. Innych po prostu dokoptowano do tej grupy, wybierając rzeczywiście takich skrajnie wycieńczonych, czy noszących jakieś określone deformacje na ciele. Wtedy m.in. właśnie do tego transportu został wcielony ten von Siegroth, który, jak już powiedziałem, nie miał jednej ręki. Trudno jest powiedzieć, czy dokonano na nim samosądu już w drodze, już w tym pociągu. Mogło tak się zdarzyć, są takie przekazy. Czy dojechał żywy, ale zginął tam zamordowany spalinami, w tym zakładzie eutanazji w Pirnie koło Sonnenstein. Natomiast jeśli chodzi o kwestię karania tych więźniów z pierwszej trzydziestki po wojnie, to właściwie tylko czterech z nich stanęło przed sądem. Najwcześniej, bo już w 1947 roku, został zatrzymany przez Amerykanów Arthur Balke. I postawiono go przed Wojskowym Trybunałem Amerykańskim we Frankfurcie nad Menem pod zarzutem znęcania się i złego traktowania więźniów. Ale on w trakcie tego procesu został oczyszczony i zwolniono go. Tutaj rzecz charakterystyczna, na jego korzyść zeznawali byli więźniowie. W 1968 roku, to już mówimy oczywiście o procesach frankfurckich, zasiadł na ławie oskarżonych Bernhard Bonitz, który został skazany na dożywocie. Ten Erich Grönke, o którym wspominałem, dwukrotnie właściwie był sądzony, najpierw w 1948 roku, skazano go na trzy lata więzienia. A potem właśnie w trakcie procesów frankfurckich jeszcze kwestia jego postępowania też była przedmiotem zainteresowania sądu. Został oskarżony, zasiadł, miał zasiąść właściwie, na ławie oskarżonych, ale z powodu złego stanu zdrowia do tego nie doszło. On właściwie zmarł w trakcie trwania tego procesu w 1968 roku. I na przykład jeszcze ciekawa historia Paula Schykowskiego, więźnia o numerze 27, bo on jako Niemiec zamieszkały na Górnym Śląsku, 1 czerwca 1945 roku stawił się do pracy w jednym z zakładów w Gliwicach, tam chciał rozpocząć swoje powojenne życie. Przypadek sprawił, że w tym samym zakładzie pracował były więzień Auschwitz Józef Dziura, który natychmiast go rozpoznał jako kapo, jako więźnia funkcyjnego z Auschwitz i Schykowski został postawiony przed sądem. Trafił do obozu pracy, który utworzono na terenie byłego podobozu Auschwitz w Świętochłowicach i tam po dwóch miesiącach zmarł. Przyczyn, czy bliższych  okoliczności śmierci nie znamy. W każdym razie, jak widzimy, sprawiedliwość nie dosięgnęła wszystkich, raczej tylko bardzo niewielką część tej grupy więźniów.