Więźniowie funkcyjni. Wybrane losy powojenne
Transkrypcja podcastu
Posłuchaj na: SPOTIFY | APPLE PODCAST
O grupie więźniów funkcyjnych w obozie Auschwitz już mówiliśmy w jednym z poprzednich podcastów. Znaleźć można go na stronie: podcasty.auschwitz.org. O powojennych losach niektórych więźniów funkcyjnych opowie w tym odcinku dr Wojciech Płosa, kierownik Archiwum Muzeum Auschwitz. Zacznijmy od genezy więźniów funkcyjnych w systemie nazistowskich obozów koncentracyjnych.
Ten system, który opierał się na wprowadzeniu w obozach koncentracyjnych więźniów funkcyjnych, właściwie zaczął działać już z chwilą, kiedy po dojściu do władzy reżim nazistowski w Niemczech utworzył pierwszy kontrolowany przez SS obóz koncentracyjny w Dachau, czyli już w 1933 roku. I był on stosowany właściwie we wszystkich obozach koncentracyjnych, które utworzyła III Rzesza, właściwie aż do końca jej funkcjonowania.
Czyli pierwsi więźniowie funkcyjni pojawiają się właśnie wraz z pierwszymi obozami koncentracyjnymi i podobnie było w Auschwitz?
Tak, dokładnie. Dla obozu Auschwitz nie wymyślono niczego nowego, niczego co już wcześniej nie było stosowane. Tutaj naziści wyszli z takiego założenia, że ten system bardzo dobrze się sprawdza. On był oparty na zasadzie wodzostwa, na Führerprinzip, która to zasada zakładała, że oprócz esesmanów, oprócz członków załogi SS, którzy mają absolutną kontrolę nad więźniami, jeszcze wprowadzi się pewną wybraną grupę więźniów, którzy będą kontrolowali więźniów im podległych. Czyli tą całą pozostałą masę więźniarską przebywającą w obozie. To był oczywiście sztucznie wykreowany system, ale on był niezwykle skuteczny, ponieważ pozwalał na właściwie ciągłą kontrolę, na ciągły nadzór nad więźniami. Czyli nie tylko w blokach czy w barakach mieszkalnych, gdzie oni byli zakwaterowani, ale także w miejscach pracy, gdzie więźniowie musieli wykonywać konkretne zadania.
Czy możemy w jakiś sposób oszacować, ilu było więźniów funkcyjnych w obozie?
No właśnie to jest dość trudne, dlatego że źródła są dość wybiórcze, powiedziałbym. To znaczy oczywiście w kartach personalnych wystawianych przez Wydział Zatrudnienia Więźniów jest na ten temat dużo informacji. Są tam też właśnie informacje o tym, kto pełnił jaką funkcję. Ale na przykład listy premiowe, czyli listy komand więźniarskich z wyszczególnieniem podziałów właśnie na więźniów funkcyjnych i pozostałych zachowały się bardzo fragmentarycznie. Generalnie z drugiej połowy 1943 roku tylko do powiedzmy faktycznie końca 1944 roku. Więc to też nam daje wgląd tylko w pewien wycinek, w pewien taki, no tylko krótki okres istnienia obozu. W relacjach czy we wspomnieniach byłych więźniów też takich informacji zbyt wielu nie mamy dlatego, że tam z kolei bardzo często jest tylko powiedziane, że tak, rzeczywiście kapo naszego komanda był zły, albo nie był najgorszy. Natomiast trudno powiedzieć, czy był to jeden człowiek, czy się zmieniali, czy byli jacyś zastępcy. Więc generalnie jest to bardzo trudne do oszacowania, ale z całą pewnością ze względu na ogromną ilość komand i na ogromną ilość więźniów, którzy się przewinęli przez obóz, na pewno myślę, że to było kilkaset osób, być może nawet dużo więcej.
Z historii obozu Auschwitz wiemy, że niektórzy więźniowie funkcyjni starali się pomagać więźniom. Inni z kolei byli bardzo okrutni. Ich historia nie jest jednolita. Jak wyglądały powojenne losy więźniów funkcyjnych? Czy mamy jakieś przykłady ścigania więźniów funkcyjnych? Czy były jakieś procesy?
Z tymi procesami to też jest trochę osobna historia, dlatego że generalnie wszystko to, co się wiąże z tematyką karania więźniów funkcyjnych, byłych więźniów funkcyjnych, mam takie wrażenie, komplikowało się z chwilą, kiedy trzeba było postawić konkretne zarzuty. Myślę, że tutaj pamiętając chociażby o tym, jak to wygląda na przykład w polskim prawie, musimy podkreślić fakt, że to po stronie oskarżenia, czyli prokuratury, organów ścigania leży przygotowanie takiego materiału dowodowego, żeby w sądzie można było oskarżenie obronić. To znaczy, żeby oskarżenie się utrzymało w sądzie, żeby sąd uznał przedstawione dowody jako wiarygodne. Natomiast bardzo często bywało tak, że więźniowie funkcyjni byli oceniani w bardzo różny sposób. To znaczy znalazłyby się osoby, które danego więźnia funkcyjnego określiłyby jako osobę rzeczywiście odpowiedzialną za zbrodnię i mogłyby na ten temat zeznawać, ale również znalazłyby się osoby, które mogłyby zeznawać coś zupełnie przeciwnego. Myślę, że do pewnego stopnia wiąże się to też z faktem, że i to jest odzwierciedlone na przykład w relacjach byłych więźniów, bo tam bardzo często na pytanie, czy składający relacje więzień, czy więźniarka przypominają sobie, kto był kapo komanda, czy kto pełnił jakie funkcje, są takie odpowiedzi dość powiedzielibyśmy wymijające. To znaczy albo ci więźniowie zasłaniają się niepamięcią, albo wymieniają na przykład tylko imiona, albo jakieś pseudonimy. Generalnie można powiedzieć, że tylko ci więźniowie funkcyjni, którzy absolutnie i bezsprzecznie zapisali się w pamięci więźniów jako wyjątkowo okrutni, co do nich nie ma wątpliwości. Tych więźniów wspomina się w sposób dość taki zdecydowany, natomiast reszta to już jest trochę inna sprawa. Ale generalnie oczywiście procesy miały miejsce. Można by było kilka przykładów przywołać.
Czy były to na przykład wspólne procesy razem z esesmanami, osobne czy różnie to wyglądało?
Najczęściej oczywiście stawiano zarzuty tylko w osobnych procesach, aczkolwiek w przypadku procesów frankfurckich były też takie sytuacje, że na ławie oskarżonych zasiadali również i więźniowie funkcyjni obok byłych esesmanów, byłych członków załogi SS. Przywołam tutaj może takie przykłady, które są dość dobrze udokumentowane w tym sensie, że jest dużo materiałów, dużo dokumentów dotyczących tego, jak te procesy przebiegały. Dość charakterystyczna jest historia Ottona Locke. To był więzień urodzony w Niemczech. Powiem o nim dlatego, że kiedy został skazany i starał się o rewizję swojego wyroku, kontaktował się z Muzeum i prosił o dostarczenie dokumentów dotyczących w ogóle jego pobytu w obozie i też informacji o więźniach, którzy go oskarżyli. Jego historia jest dobrze udokumentowana, ponieważ właśnie zachowały się te materiały procesowe. To był człowiek, który już od najmłodszych lat wchodził w kolizję z prawem i właściwie już od 1933 roku, od września 1933 roku przebywał w Sachsenhausen, skąd został w sierpniu 1940 roku skierowany do Auschwitz. On miał numer obozowy 3227. Początkowo był kapo starego krematorium. To były wtedy jeszcze czasy, kiedy ono nie miało nic wspólnego z masową zagładą. Tam po prostu palono zwłoki więźniów, którzy zginęli czy zmarli w obozie. Natomiast potem pełnił jeszcze różne inne funkcje. Trafił m.in. też do bunkra w podziemiach bloku 11. Nie do końca wiadomo z czym to było związane, ale najprawdopodobniej prowadził jakiś nielegalny handel związany z mieniem po zamordowanych Żydach. Ostatecznie w 1944 roku miał zostać przeniesiony do dywizji Dirlewangera. I kiedy przechodził szkolenie przed tym przeniesieniem, poznał pewną więźniarkę, która powiedziała mu, podobno w zaufaniu, że jest w ciąży, a że ojcem dziecka jest polski więzień. Ona była w związku z tym w sytuacji dość trudnej, bo obojgu, i ojcu tego dziecka i jej, groziłyby określone konsekwencje. Więc z jakichś powodów Locke podał się za ojca tego dziecka. Być może chciał w ten sposób uniknąć tego wcielenia do dywizji Dirlewangera. Ostatecznie jemu się to nie udało i został wysłany na front. Natomiast rzeczywiście tę Niemkę z obozu zwolniono i ona potem ur odziła w październiku 1944 roku dziecko. Natomiast Locke, którego zdrowie, jak on sam podaje, już było nadwątlone na skutek pobytu w Auschwitz i przechodził w obozie malarię, też miał w dalszym ciągu kłopoty ze zdrowiem. Też miał nawroty tej malarii, będąc w tej jednostce Dirlewangera. I generalnie on podaje, że zbyt wiele nie walczył. Ale być może powiedział to tylko dlatego, żeby nie być jeszcze pociągniętym do odpowiedzialności za zbrodnie popełnione przez członków tejże dywizji. Ostatecznie, ponieważ ta jednostka wycofywała się wraz z frontem niemieckim w kierunku zachodnim, w pewnym momencie znalazł się w szpitalu polowym w Żorach i w tychże Żorach spotkał tę Niemkę, którą poznał już w obozie. Ona mu umożliwiła ucieczkę z tego szpitala i on do końca działań wojennych ukrywał się na terenie Żor. Potem przeniósł się do Niemiec. Tam cały czas jakoś nie mógł się odnaleźć w tej powojennej rzeczywistości i w 1948 roku na dworcu kolejowym w Hanowerze spotkał byłego więźnia Auschwitz, którego znał, bo kiedy był kapo w komandzie krawców, to był to jeden z podległych mu więźniów. Tenże więzień powiedział mu, że na terenie wyzwolonego obozu w Bergen-Belsen jest grupa więźniów żydowskich, byłych więźniów Auschwitz, którzy przygotowują się do emigracji do Stanów Zjednoczonych. I Locke pomyślał, że to byłaby całkiem niezła koncepcja na nowy start w życiu. Też pomyślał sobie, że wyjazd do Stanów Zjednoczonych będzie w jego przypadku dobrym pomysłem, więc pojechał do tego Bergen-Belsen i tam został przez tych więźniów, byłych więźniów Auschwitz, zatrzymany. Oni go, można powiedzieć, aresztowali. Znaczy oddali go w ręce brytyjskich żandarmów, którzy kontrolowali porządek na terenie byłego obozu Bergen-Belsen i zaczęli go oskarżać o zbrodnie, jakich się miał dopuścić, będąc kapo. Początkowo zaprzeczał, potem jednak, ale, jak podaje, pod wpływem tego, że był przez tych byłych więźniów bity, podpisał protokół, w którym się przyznał do tych zbrodni, ale ostatecznie do procesu nie doszło, ponieważ on zdołał uciec. I dopiero w 1955 roku został na terenie Berlina Zachodniego zatrzymany. Skojarzono jego postać, chociaż tam początkowo legitymował się fałszywym nazwiskiem, ale kiedy ujawniono jego prawdziwą tożsamość, to wtedy skojarzono go z tymi wydarzeniami na terenie byłego obozu Bergen-Belsen. I został postawiony przed sądem. Jego proces był w Niemczech Zachodnich dość głośny, ponieważ był to jeden z pierwszych procesów w ogóle więźniów funkcyjnych z Auschwitz. Tam prasa zachodnioniemiecka opisywała go jako gorszego od esesmanów, jako zbrodniarza z Auschwitz itd. W ostateczności został skazany na siedmiokrotne dożywocie, bo sąd uznał, że dopuścił się, i zostało to udowodnione zdaniem sądu, siedmiu zabójstw więźniów. Jego historia jest o tyle skomplikowana, że rzeczywiście te poszukiwania, jakie on podjął już będąc w więzieniu, po tym wyroku, ale w dalszym ciągu starając się o rewizję tego wyroku, wskazują można powiedzieć szereg wątpliwości. Mogą też sugerować, że nie do końca sąd wziął pod uwagę np. te kwestie wątpliwe. To znaczy, nie zastosowano, patrząc z punktu widzenia tego oskarżonego, tej zasady, że wszystkie wątpliwości rozstrzyga się na korzyść obwinionego. Była np. taka historia, prawnicy Ottona Locke to podkreślali, że np. wszyscy świadkowie w tej sprawie przed zeznaniami, przed rozprawą, mieszkali w jednym hotelu. Mogli np. w związku z tym uzgodnić zeznania. Ostatecznie Locke nigdy nie osiągnął tej rewizji wyroku i do końca życia przebywał w więzieniu. Zmarł w latach 70. w więzieniu Moabit w Berlinie. Mniej więcej w tym samym czasie, w 1953 roku, w Polsce miał miejsce proces Józefa Krala. To był więzień pochodzący z Tychów, który po tym jak poszedł na wojnę, walczył w wojnie obronnej Polski w 1939 roku, potem został wysłany na roboty przymusowe do Austrii, ale tam traktowano go bardzo źle i on właściwie będąc w dość takim złym stanie i będąc zdecydowanym, że za wszelką cenę musi zmienić swoje położenie, po prostu uciekł z tych robót. Ale został w Wiedniu przez policję zatrzymany i sąd wiedeński skazał go na pobyt w obozie koncentracyjnym. I to był obóz właśnie Auschwitz. Józef Kral został przywieziony do Auschwitz 29 czerwca 1941 roku i miał numer obozowy 17401. To jest taki więzień, który, co może być nieczęstym przypadkiem, ale właśnie bardzo wiele zawdzięczał temu, że był świetnym fachowcem. On był znakomitym murarzem. W związku z tym pracował w dużym komandzie, tym komandzie Neubau, które się zajmowało rozbudową obozu, dobudowywaniem pięter do budynków, budowaniem nowych bloków obozowych. To wszystko były zadania bardzo istotne w tym czasie istnienia obozu. On tam był najpierw unterkapo, potem kapo i w końcu, kiedy Józef Teichmann został zwolniony z obozu, wyznaczono go jako oberkapo. Praktycznie pełnił tę funkcję do roku 1943, kiedy został przez gestapo obozowe oskarżony o działalność w obozowym ruchu oporu. Trafił do podziemi bloku 11, przeszedł śledztwo brutalne, ale w żaden sposób nikogo nie zdradził. Więc właściwie Politische Abteilung, nie mając żadnych niezbitych dowodów przeciwko niemu, zwolniło go z bunkra. A to się zbiegło z usiłowaniami rodziny, która czyniła wiele, aby został zwolniony z obozu. I tak się stało z tym, że Kral nie mógł opuszczać Oświęcimia. Musiał pracować na terenie Oświęcimia, więc pracował na terenie zakładów chemicznych i tak właściwie aż do wkroczenia Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku. I później, po wojnie, pracował m.in. jako zaopatrzeniowiec w Dyrekcji Lasów Państwowych w Katowicach. I dokładnie pod koniec 1952 roku, kiedy na koniec tego roku robiono bilans roczny, okazało się, że on ma tam jakieś braki w magazynie. No więc wszczęto wobec niego postępowanie dyscyplinarne. To się wiązało z tym, że milicja też zaczęła interesować się jego przeszłością. I tu wyszła na jaw ta informacja, że to jest nie tylko były więzień Auschwitz, ale i oberkapo. Więc od razu znaleźli się ludzie, którzy zaczęli go oskarżać o to, że popełniał zbrodnie wobec podległych sobie więźniów. Został więc zatrzymany, ale proces jego zakończył się uniewinnieniem. To jest też rzecz dość interesująca, że oczywiście obie strony, zarówno prokuratura jak i obrona, powołały swoich świadków. Na rzecz obrony zeznawali chociażby pracujący wtedy w naszym Muzeum byli więźniowie, pan Franciszek Targosz na przykład. I podkreślali, że znają Józefa Krala jako człowieka, który rzeczywiście był oberkapo, ale wywiązywał się ze swoich zadań w sposób bardzo pozytywny, jeśli chodzi o więźniów. Tutaj zresztą więźniowie, którzy pracowali wówczas w komandzie Neubau, też zeznawali. Podkreślali to, że Kral tak organizował pracę, aby na przykład mogli się ogrzać w różnego rodzaju pomieszczeniach, bo był w stanie przekonać esesmanów, że w nowo wybudowanych blokach na przykład trzeba we wnętrzu rozpalić takie przenośne piecyki, żeby ściany lepiej, szybciej schły. I wtedy więźniowie wykonywali pracę dokładnie w tym pomieszczeniu, w którym był ten piecyk, żeby się ogrzać. Bardzo dużo zrobił dzięki swoim kontaktom z więźniami, którzy pracowali w kuchni obozowej. Dlatego bardzo często był w stanie załatwiać dodatkową zupę tym więźniom, którzy pracowali w jego komandzie. Był też zaangażowany w działalność obozowego ruchu oporu. Proszę sobie wyobrazić, a tu mówimy o roku 1953, że uzyskano zeznanie samego premiera Józefa Cyrankiewicza, też byłego więźnia Auschwitz. Krótkie zeznanie, ale jest ono w aktach procesowych. To jest jedna strona A4 maszynopisu, w którym w samych superlatywach Cyrankiewicz wyraża się o Kralu, określając go jako oczywiście stuprocentowego, porządnego Polaka, który będąc w obozie Auschwitz, ściśle i owocnie współpracował z ruchem oporu. Nie wydaje się jednak, że to było najważniejsze w całej tej sprawie, to zeznanie Cyrankiewicza. Chociaż pewnie swoją wagę też miało. Natomiast musimy pamiętać o tym, że było dwóch głównych świadków oskarżenia i obaj zostali zdeprecjonowani. Dlatego, że ten jeden, były więzień, który miał wówczas będąc w obozie, ogromną ochotę na to, żeby zostać oberkapo, ale podobno był gorszym fachowcem, jeśli chodzi o prace budowlane, on został oskarżony o to i były na to dowody, które sąd wziął pod uwagę, że będąc w obozie, chciał kosztem młodych więźniów zaspokajać swoje zapędy homoseksualne. W tamtych czasach, w tamtej rzeczywistości był to bardzo poważny zarzut, nie tylko natury obyczajowej, ale wiadomo, że to było traktowane jako również przestępstwo. Drugi z tych więźniów, który też się starał obwinić o wiele Krala, okazało się, że miał opinię, będąc w obozie, konfidenta gestapo. Więc w tej sytuacji wyrok uniewinniający właściwie nie zaskakuje. I tutaj trzeba też zwrócić uwagę na to, że sąd w uzasadnieniu tego wyroku też ujął to w taki sposób, że pełnienie funkcji oberkapo w obozie Auschwitz nie jest wystarczającym powodem do tego, żeby Józefa Krala uznać od razu winnym, bo chodzi o to, w jaki sposób on tę funkcję pełnił. To znaczy, czy był w stanie, realizując te zadania, które narzucił mu system obozowy, czy był w stanie jeszcze pomóc innym więźniom. I sąd uznał, że tak. Natomiast sąd również uznał, że zarzuty nie zostały w odpowiedni sposób i taki niemożliwy do obalenia udokumentowane. I może jeszcze postać Franciszka Karasiewicza, więźnia o numerze obozowym 1825, tego którego zwano Krwawym Frankiem. To był więzień funkcyjny, starszy bloku w bloku numer 5 na odcinku BIIa, czyli na odcinku kwarantanny obozowej. Postać obok Mieczysława Katarzyńskiego, który zresztą za podobne zbrodnie został skazany na karę śmierci i stracony po wojnie. Postać Karasiewicza też była jednoznacznie oceniana przez więźniów, bo lista jego zbrodni jest bardzo długa. Charakterystyczne jest to, że on trafił do obozu jako osiemnastolatek, bo był urodzony w 1922 roku. I rzucało się w oczy wszystkim więźniom to, że tak młody człowiek jest tak okrutny i tak zdeprawowany, że jest w stanie bez mrugnięcia okiem zabić kogoś, czy maltretować kogoś, czy znęcać się nad kimś. Tylko po to, sąd zresztą podzielił tę opinię, tylko po to, żeby udowodnić, że może tak zrobić, że na to mu pozwala jego stanowisko. Była cała grupa byłych więźniów, którzy zeznali jednoznacznie przeciwko Karasiewiczowi i on został skazany w 1952 roku na karę dożywotniego więzienia. Co ciekawe, ponieważ zarówno prokuratura jak i obrona odwołały się od tego wyroku, sąd najwyższy skazał go na karę śmierci. Otrzymał surowszy wyrok aniżeli w niższej instancji. Jedynym wyjściem w tej sytuacji, jakie mu jeszcze pozostało, było zwrócenie się do prezydenta Bieruta z prośbą o łaskę. I rzeczywiście taki dokument, taką prośbę Karasiewicz napisał, zachowała się ta prośba w aktach sądowych. Jedna kwestia, jaką podnosi Karasiewicz, to jest właśnie to, że on w bardzo młodym wieku trafił do obozu koncentracyjnego, a nie mając wykształcenia właściwego, ani nie wyniósłszy z domu właściwych wzorców, był bardzo podatny na wpływ otoczenia, środowiska, w jakim się znalazł. I druga kwestia, charakterystyczna dla czasów, o których mówimy, bo to przecież wczesne lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, on tam podkreśla, że nie znał wtedy nauk ani Lenina, ani Stalina, a gdyby je znał, to z całą pewnością byłby o wiele porządniejszym człowiekiem. W każdym razie Bierut skorzystał z prawa łaski i zamienił mu tę karę śmierci na dożywotnie więzienie. A w 1970 roku objęła go amnestia i skrócono mu wyrok do 25 lat, wliczając już ten okres, który spędził w więzieniu.