Rozmiar czcionki:

MIEJSCE PAMIĘCI I MUZEUM AUSCHWITZ-BIRKENAU BYŁY NIEMIECKI NAZISTOWSKI
OBÓZ KONCENTRACYJNY I ZAGŁADY

Bajki z Auschwitz - szczególni świadkowie historii

Transkrypcja podcastu

Posłuchaj na: SPOTIFY | APPLE PODCAST 

Szczególnymi obiektami, które znajdują się w Zbiorach Miejsca Pamięci Auschwitz, są powstałe w okresie funkcjonowania obozu bajki. Tworzone z potrzeby serca, w nadziei, że pozostawią ślad po ich autorach, wysyłane były drogą nielegalną poza obóz. Ich twórcami byli więźniowie zatrudnieni w obozowym Biurze Budowalnym. Dzięki pomocy ludzi przebywających na wolności – przekazywali bajki swoim bliskim. O historii powstania bajek z Auschwitz opowiadają: Jadwiga Kulasza, emerytowana pracowniczka Archiwum Miejsca Pamięci, oraz członkowie rodzin autorów tych szczególnych dokumentów: Felicjan Świerczyna, syn Bernarda Świerczyny, oraz Andrzej Czulda, syn Henryka Czuldy. 

Jadwiga Kulasza: Central Bauleitung to było takie przedsiębiorstwo projektowo-budowlane, które realizowało wszystkie zadania tego typu, budowlane na terenie obozu. Wszystko to, co było związane z budową i rozbudową obozu, również na terenie przyobozowym. I składało się ze wszystkich potrzebnych takich wydziałów, które by mogły realizować. Także powstawała dokumentacja zarówno projektowa, jak i finansowa, opisy budów, dzienniki budów powstawały. No i oczywiście działał poza strukturą obozową, ale ściśle z obozem, z komendanturą współpracował, bo wiadomo, że realizował jej zapotrzebowania, ale przede wszystkim korzystał z pracy więźniów. I to zarówno w tych wydziałach biurowych, jak i na wszystkich budowach, które realizował. Jednym z takich wydziałów Zentralbauleitungu było Bauburo, w których zatrudniani byli więźniowie, przede wszystkim technicy i inżynierowie różnych specjalności, architekci, miernicy, kreślarze, którzy po prostu rysowali plany, chodzili na pomiary, nanosili te pomiary na plany. Prawdopodobnie w trakcie takiego jakiegoś wyjścia w teren na pomiary, jeden z więźniów znalazł książeczkę. Bardzo możliwe, że gdzieś w okolicach magazynów tzw. Kanady lub na rampie kolejowej w Brzezince. I przyniósł te książeczki do biura, pokazał kolegom i wtedy postanowili oni, że zrobią coś takiego dla swoich dzieci, żeby miały pamiątkę po swoich ojcach. Nie bardzo wierzyli w to, że w ogóle przeżyją, dlatego miało to być taka właśnie swoista pamiątka. Udało mi się ustalić nazwiska 27 więźniów, którzy byli w bardzo różny sposób zaangażowani w realizację tego pomysłu. Jedni pisali teksty, inni nanosili ten tekst na kartkę, na kalkę techniczną, na tzw. matrycę, z której później inni więźniowie wykonywali kopie na papierze światłoczułym lub na papierze fotograficznym. Inni oprawiali te książki, a jeszcze inni wynosili po prostu poza biuro w Bauleitungu na tereny różnych budów, żeby przekazać robotnikom cywilnym lub innym osobom, które mogły po prostu przekazać te bajeczki do domu. Sama realizacja tego pomysłu musiała odbywać się w całkowitej konspiracji. Nie ma żadnych dokumentów na to, żeby coś więcej wiedzieć na ten temat. Cała wiedza opiera się wyłącznie na relacjach więźniów. Trudno jest ustalić, w jakim okresie te bajki powstały, w jakiej ilości egzemplarzy, kto otrzymał. Po prostu jest to wyłącznie w oparciu o wiedzę i o pamięć więźniów.

Więźniom nie wolno było dowolnie korzystać z materiałów pisarskich Biura Budowlanego – za ich użycie, w przypadku wykrycia tego faktu przez esesmanów – groziła surowa kara. Mimo to, wielu więźniów podejmowało ryzyko, w nadziei na to, że stworzone przez nich bajki dotrą do ich bliskich.

Jadwiga Kulasza: Wykorzystywali po prostu materiały, które mieli dostępne w biurach Bauleitungu, bo rysowali plany, także korzystali i z kredek, i z farb, i z papieru, które po prostu nie mogli w taki sposób wykorzystywać. Mogliby być oskarżeni nawet o sabotaż i groziły za to, wiadomo, surowe kary. Musieli wykonać tych bajek bardzo dużo, bo nie mieli pewności, że one docierają do ich dzieci, do tych osób, dla których były przeznaczone. 27 osób zaangażowanych, to chociażby każda z nich dostała po jednym egzemplarzu. Jest to jakaś ilość dosyć duża, jak na takie możliwości i robienie to w ukryciu. Obecnie w posiadaniu Muzeum jest 8 egzemplarzy oryginałów, ale z tego co wiem, to również jest co najmniej 7 egzemplarzy 3 tytułów bajek w rękach rodzin byłych więźniów. Pierwszym tytułem właśnie, który, jak wspominają więźniowie, jakim się zajęli, była bajka o przygodach czarnego kurczątka. Jest to bajka całkowicie oryginalna. Tekst napisał Stanisław Bęć, opisując w ten sposób spacery, jakie odbywał ze swoim synem Andrzejem, brzegami Pilicy. Rysunki są również autorskie i bardzo prawdopodobnie, że wykonywał je Jacek Kopczyński, Borkowski, Leszek Kozak i Jerzy Baran. W każdym egzemplarzu tej bajki są również słowa i nuty dwóch lub trzech piosenek, które są zamieszczone. Piosenkę o stokrotkach i falach napisał słowa Stanisław Bęć, a do trzeciej o pszczółkach napisał słowa Artur Krzetuski, który z kolei napisał nuty do wszystkich tych trzech tytułów. Ta bajka występuje czasami pod różnymi tytułami, także jest to „O przygodach czarnego kurczątka i jego braciszka”, albo „Murzynek i mniszek”, to są to imiona tych dwóch bohaterów. Kurczątka wybrały się na samodzielny spacer, żeby zobaczyć coś więcej niż tylko własne podwórko, no i przeżywały różne przygody. Jeden egzemplarz tego tytułu, tej bajki, został wykonany całkowicie przez Henryka Czuldę. On sam zapisał tekst tej bajki, również sam malował.

Henryka Czuldę, ocalałego z Auschwitz, wspomina jego młodszy syn, Andrzej Czulda, reżyser i scenarzysta m.in. filmu dokumentalnego opowiadającego historię powstawania bajek w Auschwitz pt. „Bajki z Krainy Pieców”:

Ojciec pochodził z Warszawy. W Łodzi znalazł się dlatego, że zamieszkał z moją mamą, która pochodziła z Trzewa. Ojciec pracował w biurze projektów, urzędzie miasta, był inspektorem jakiegoś nadzoru budownictwa. Tata był, z tego co wiem, w AK, no ale była wsypa w 1943 roku. Przyjechało, któregoś dnia gestapo po niego, do urzędu na Placu Wolności. Wylądował w siedzibie gestapo na Anstadta w Łodzi, gdzie był bity w celu zeznań, ale nic nie powiedział. I tutaj go trzymali. Gdy tata trafił do Auschwitz, bajeczki już były skończone. I mój tata poprosił Bęcia, żeby pożyczył mu swoją bajeczkę. I tata mówi: „ja narysuję synkowi”. One powstawały różnymi drogami, że to były te szablony, były kolorowania. Gdyby nie był biuro, to by nie powstały. I jak porównać wszystkie bajeczki Auschwitz, układ kolorystyka i układ bajki mojego ojca różni się od bajek tych w Auschwitz. Jest zupełnie inna. Dlatego, że tata patrzył i przerysowywał, ale kompozycję robił już po sobie, sam sobie. On nie korzystał z tych słynnych szablonów. Zresztą ojciec pisze tam, w którymś liście, że pożyczył mu Bęć bajkę, że dzięki temu on tę bajeczkę może narysować. Tak to wyglądało. Ojciec liczył się, że nie wróci. Prawdę mówiąc, oni wszyscy liczyli się, że nie wrócą. Bo oni chcieli zostawić coś po sobie. Oni myśleli, że nie wrócą, to chociaż ta bajeczka jakoś dotrze, jakaś ta pamiątka będzie po tych ojcach. Ja sobie to nie umiem wyobrazić, chociaż wyobraźnię mam jako twórca dużą. Jak tą bajkę można było rysować? Tam gdzieś, bo tu Niemiec odszedł, tu mam farbki. Nie wiem, czy bym się na to rzucił. Widocznie Niemcy cały czas tam nie siedzieli, nie pilnowali, tak? Bo inaczej by się nie dało.

Jadwiga Kulasza: Każdy egzemplarz tej bajki dla podkreślenia jakby takich osobistych związków ofiarodawcy z odbiorcą zabiera po prostu jakąś tam dedykację. W różnej formie. Jest to czasami bardzo krótka forma, czasami w formie właśnie jakiegoś wierszyka. Jeden z egzemplarzy tej bajki „O przygodach Czarnego Kurczątka” ma dedykację, którą oczywiście wysłał do swojego syna Stanisław Bęć. I to jest wiersz zatytułowany „Słyszysz me serce?” I ten wiersz akurat zapisał on własnoręcznie przed powieleniem na tym papierze. Także tu jest to takie właśnie bardzo osobiste podkreślenie chęci kontaktu, jakiegoś pozostawienia czegoś dla swojego syna. W innych egzemplarzach jest wiersz „Modlitwa”. Różni się tylko jednym słowem. Jest albo kierowany przez wujka albo przez tatę. I dlatego tam jest to słowo, się różni. 

„Modlitwa”
modlitwa
po kątach izby mrok gęsty leży...
noc już stanęła cieniem u proga...
maleńki chłopiec, głosikiem świeżym,
dziecinne modły wznosi do Boga:
dzięki Ci Boże za złote słońce,
za to, żem cały dzień był na nogach,
i za te kwiaty barwne na łące,
i, że mnie kocha mamusia droga...
za to, żem zdrowy i że jest lato,
za wszystko w koło – lecz zrób to proszę,
aby wrócił do mnie mój tato,
co tak już dawno, w świat obcy poszedł —
główka pochyla się na posłanie,
na oczach senne ciążą powieki:
czy nie zapomnisz, o dobry Panie,
sprowadzić ojca z drogi dalekiej?

Jadwiga Kulasza:
Następnym tytułem jest „Bajka o zajączku, lisie i kogutku”. Jest to oryginalnie czeska bajka. Tłumaczenia jej dokonał Stanisław Bęć przy pomocy więźniów czeskich, którzy byli również zatrudnieni w Zentralbauleitungu. Jest to opowieść o kłopotach zajączka z lisem, który ukradł mu domek. Żadne ze zwierząt, które prosił o pomoc, nie potrafiło sobie poradzić z tym lisem. Jedynie spryt koguta jakoś poradził temu i domek został odebrany lisowi. Z wyjaśnień Stanisława Bęcia wiem, że rysunki zostały również skopiowane z tej oryginalnej czeskiej bajki. Za wyjątkiem tego rysunku, który znajduje się na okładce i przedstawia wszystkich bohaterów. Jest to kompozycja autorstwa Alfreda Przybylskiego. Innymi wykonawcami rysunków są Marian Moniczewski i Mieczysław Kościelniak. Również w kilku egzemplarzach i tego tytułu znajdują się dedykacje, które były kierowane bezpośrednio do dzieci obdarowywanych. Dwie z nich napisał Stanisław Bęć i ten wierszyk napisany przez Bęcia wykorzystał Eugeniusz Nosal w bajkach, które przekazał dwóm dziewczynkom – Alojzie Kotulek i Małgosi Lewińskiej w podziękowaniu za pomoc udzielaną przez ich mamy, które były bardzo zaangażowane w pomoc więźniom w przekazywaniu lekarstw, grypsów i różnych tego rodzaju rzeczy.

Drugą taką dedykacją bezpośrednio skierowaną do rodziny i do siostry Józefa Drożdża jest to taka charakterystyczna dedykacja, bo on w ten sposób przekazywał swojej rodzinie informacje, a pochodził z Sosnowca, także niedaleko do Oświęcimia, że zamierza po prostu uciekać z obozu, które oczywiście ucieczka doszła do skutku we wrześniu 1944 roku. Razem ze swoim kolegą Romanem Taulem zbiegli z obozu.

Treść trzeciej dedykacji jest autorstwa Bernarda Świerczyny, skierowana do jego syna Felicjana, którego po prostu nie znał, widywał go tylko z daleka. Dzięki pomocy różnym ludziom mógł go zobaczyć w Bielsku, jak jeździł do pralni, gdzie prano różne rzeczy z obozu.

Bernarda Świerczynę, więźnia Auschwitz, wspomina jego syn – Felicjan.

Ojciec jako oficer Wojska Polskiego, porucznik, poszedł na wojnę w 1939 roku, 1 września. Dostał się do niewoli, był w obozie jenieckim i na skutek starań mojej mamy i najbliższych znajomych w budynku, w którym mieszkali, został z obozu jenieckiego zwolniony i wrócił do domu. Podjął pracę w Urzędzie Skarbowym w Mysłowicach, natomiast w roku 1940, w kwietniu tata musiał z Mysłowic, krótko mówiąc, uciekać. Wyjechał do swoich przyjaciół w Krzeszowicach. Tam zamieszkał. Był oczywiście w kontakcie z moją mamą, która, okazało się, była w ciąży w tym czasie. Ojciec z Krzeszowic jeździł do Krakowa w poszukiwaniu pracy. Tata w momencie, kiedy zaczął rozglądać się za pracą, poszedł właśnie do Urzędu Pocztowego Głównego w Krakowie i tam, wychodząc z tego urzędu, został aresztowany w czerwcu i osadzony w więzieniu na Montelupich i w lipcu ‘40 roku drugim transportem, jeśli dobrze pamiętam, oświęcimskim został transportowany do KL Auschwitz i tam, jako numer 1393 został osadzony. We wrześniu, 12 września 1940 roku ja się urodziłem. Wtedy mama otrzymała pierwsze listy oficjalne, listy z KL Auschwitz, które w Oświęcimiu, w obozie przechodziły przez cenzurę. Ojciec wtedy, pisząc do mamy, stwierdził, że powinna, powtarzam, powinna wychować syna tak jak to wcześniej uzgodniono. 

Jadwiga Kulasza:

Dla Felicjana Świerczyny te słowa odgrywały bardzo ważną rolę, no bo po prostu to była taka specyficzna pamiątka i słowa skierowane bezpośrednio dla niego od ojca.

Felicjan Świerczyna:

Własnoręcznie wykonaną i napisaną i dedykacją przez mojego ojca, jako że bajka zaczyna się: „Dawno bardzo jak wieść niesie na polance tuż przy lesie. Żył zajączek kłapouchy, domek miał wygodny suchy”. Z domku tego został wypędzony, przepędzony. Natomiast tata na zakończenie bajeczki tak napisał: „Tak zakończył dziadziuś bajkę, nabijając zgasłą fajkę. Ja zaś, synu, mój kochany, ojciec twój, tobie nieznany, ku nauce i przestrodze dalej myśli puszczam wodze. Już minęły letnie skwary i deszcz chłodny mży od czasu, aż tu nagle, niby czary, chytry lis wypada z lasu. W pierwszej chwili zdębiał zając, widząc śmiertelnego wroga. Długo się nie namyślając, uciekł, kędy w pola droga wiedzie. Lis zaś zły i głodny skoczył i zdusił koguta. Potem jako władca godny, bo mu pierś rozsadza buta, objął domek w posiadanie. Wiele wód wchłonęło morze, jak do dziś od tamtej pory, zając mieszka w polu, w borze, wyrzucony z domku z nory. Z bajki tej dla Cię nauka, że kto tchórzem jest podszyty i pomocy drugich szuka, zawsze będzie szatą kryty nędzy i żył bez imienia lub z imieniem zapomnienia. Tobie, Felicjanie, w dniu urodzin Twej matki poświęca Ojciec”.

Jadwiga Kulasza:

Trzecim tytułem znanym jest tylko jeden egzemplarz, jaki się zachował tej bajki „O wszystkim, co żyje”. Jest to zbiór wierszy o wszystkich owadach, ptakach, które możemy po prostu spotkać na łąkach czy na polach. I oryginalnie jest to również czeska bajka, choć jak wynika z wyjaśnień Stanisława Bęcia, nie jest to dosłowne tłumaczenie tych czeskich wierszy, tylko on w oparciu o te wiersze napisał własne, to co po prostu mu w duszy grało. Natomiast z czeskiej książki zostały skopiowane rysunki, którego dokonali właśnie Piotr Kopańczuk i Zbigniew Kowalczyk. Jedyną kompozycją oryginalną jest właśnie krajobraz morski, który stanowi tło do wiersza autorstwa Stanisława Bęcia do synka, skierowane wiadomo do jego syna Andrzeja. I również w tym zbiorze znajduje się wiersz „Modlitwa, który jest na samym końcu tej książki”. Tam jest taka informacja, że ona jest przeznaczona dla Boby, w piątą rocznicę urodzin jest data 7 lipca 1944 roku.

Kolejny tytuł, jaki znamy jest to bajka „Wesele w Osach Wielkich”. Zachowała się jedynie w rękopisie, nie ma postaci książki, jest to kilka stroniczek na bardzo różnych papierze napisanych ołówkiem. Bajka autorstwa Stanisława Bęcia jest skierowana również dla syna Andrzeja i jest tam data „maj 1944 rok” i ta bajka opowiada o ślubie i weselu i o gościach wszystkich, jacy zawitali na wesele Osy z Trutniem przeznaczona wyłącznie właśnie dla dzieci. 

Kolejny tytuł jest to „Olbrzym Samolub”. Oryginalnie jest to bajka Oskara Wilde’a o tym samym tytule. Oskar Wilde napisał opowiadanie, a Stanisław Bęć wykorzystując treść tego opowiadania napisał to w formie, przetłumaczył jakby, w formie wiersza. I ta bajka również zachowała się wyłącznie w rękopisie napisana ołówkiem. Opowiada jakby o zabawach pod nieobecność tego Olbrzyma o zabawach dzieci w tym ogrodzie i on jak zobaczył, co one tam robią, po prostu je przegonił i wtedy całkowicie życie zamarło w tym ogrodzie i dopiero wróciło, gdy dzieci wróciły do ogrodu.

Sam proces powstawania bajek, jak również ich wysyłka poza obóz, musiały ze względów bezpieczeństwa odbywać się w konspiracji, drogą nielegalną. Zarówno tworzenie bajek, jak ich wysyłka były bowiem w obozie surowo zakazane, a w przypadku wykrycia całej akcji, więźniom w nią zaangażowanym, jak również osobom pomagającym w ich przenoszeniu do adresatów, groziły surowe konsekwencje. O tym, w jaki sposób odbywało się przekazywanie bajek, opowiada Jadwiga Kulasza.

Jadwiga Kulasza:

Żeby te bajki dotarły do tych osób, o których więźniowie bardzo chcieli przekazać, musieli znaleźć się ludzie, którzy po prostu mieli je wynieść z obozu i przekazać, przesłać je dalej. Co nieraz wiązało się z jakimiś odległościami. Znaleźli się tacy ludzie. Najbardziej tak życzliwie wspominane są trzy osoby. Jest to Józef Łyszczarz, Józef Żurek i Wanda Kondziołka, później pani Nosalowa. Bo oni po prostu bardzo się zaangażowali. Pomagali więźniom nie tylko w przekazywaniu jakichś informacji, ale także w przekazywaniu lekarstw, grypsów. Różnych informacji, utrzymywanie kontaktu z ich bliskimi. I wszystkie te bajki właściwie dotarły jeszcze w czasie wojny do tych dzieci. Eugeniusz Nosal niemalże osobiście przekazał. Ponieważ biura Bauleitungu były bardzo blisko drogi głównej nad Sołą. Także po prostu mieli możliwość po prostu przekazania. I on przekazał swoje egzemplarze właśnie tym dwóm dziewczynkom: Alojzie Kotulek i Małgorzacie Lewińskiej. One były wtedy małe dziewczynki. Czasami nawet razem ze swoimi mamami przychodziły bardzo blisko, tak dla kamuflażu pewnie, żeby nie wzbudzało to jakichś podejrzeń. Również w czasie wojny dotarła do małego Jasia Czarneckiego bajka od jego ojca Andrzeja. I właśnie Wanda Kondziołka zawiozła tą bajkę do jego mamy osobiście. Właśnie Józef Droszcz przekazał do Grodźca w dzielnicy Sosnowca do swojej siostry Marii Sitko i dla swojego siostrzenica Tadeusza właśnie przez tego robotnika cywilnego Józefa Łyszczarza, który był konserwatorem telefonów, jako robotnik cywilny był zatrudniony na terenie obozu. Stanisław Bęć, również poprzez robotników cywilnych przekazał, ponieważ do swojej żony i do synka, ale niestety nie zapamiętał nazwisk tych robotników. Także one odbyły nawet dosyć długą podróż, bo najpierw musiały dostać się poprzez Rzeszę do Generalnego Gubernatorstwa. Artur Krzetuski z kolei właśnie pracując w takim dziale wodociągowym jakby w Bauleitungu współpracował z robotnikiem cywilnym Józefem Żurkiem, który budował studnie na terenie obozu i on te swoje bajki dla swojej córki przekazał właśnie poprzez niego.

Z kolei niezwykłą historię przeszła bajka, którą samodzielnie napisał tekst, zapisał na kartkach tekst Stanisława Bęcia, całkowicie ją wykonał rysunki Henryk Czulda, który na początku próbował, nawet w grypsach jest to zaznaczone, że próbował taką drogą oficjalną wysłać do domu tą bajkę. No ale oczywiście bardzo szybko się okazało, że jest to niemożliwe. Także postanowił, że musi ją uratować. Że musi ją przekazać w jakiś sposób do syna i po prostu przez wszystkie obozy, do jakich trafiał jak go wywieziono z Karola Auschwitz, także ją osobiście już po powrocie w 45. roku do Łodzi osobiście ją przekazał synowi.

Andrzej Czulda:

Tata pisał, że oddawał chleb czasami, ostatnią chleb za bajkę, więc ktoś może chciał mu ją zabrać jakiś strażnik albo może jakiś współwięzień chciał donieść na niego, żeby tata oddawał chleb. I tą bajkę doniósł, prosił współwięźniów miał jakoś tam widocznie grupkę taką zaprzyjaźnioną, że gdyby nie przeżył, gdyby coś się stało, żeby oni tą bajkę wzięli i po wojnie odesłali mojemu bratu. No na szczęście tak się nie stało, sam ją przywiózł.

Jadwiga Kulasza:

Również jest taka tajemnicza dziwna historia jak bajka trafiła do Barbary Tondos, do córki Władysława Tondosa. Ona niestety jako mała dziewczynka no nie zapamiętała, nikt jej nie przekazał tej wiedzy jak ta bajka, kto ją przyniósł, jak ją tata dostał. Bardzo prawdopodobne, że w podziękowaniu po prostu, ponieważ on był lekarzem, więźniem – lekarzem dostał od jakiegoś więźnia po prostu żeby, który mu za coś tam podziękował z wdzięczności. Tak samo i bajki jakie trafiły obydwa tytuły „O przygodach czarnego kurczątka, „O zajączku lisie i kogutku” trafiły do Pawła Moszyńskiego. Też nie wiadomo po prostu, on też tego nie zapamiętał i nie wie. W każdym razie jest w posiadaniu obydwu tytułów bajki.

O szczegółach nadzwyczajnego przekazania bajek do Felicjana Świerczyny, opowiada Jadwiga Kulasza:

Bajka „O zajączku lisie i kogutku” i to była taka nietypowa dosyć egzemplarz, bo ona jest nieduża. No tak jak więźniowie dostęp mieli do jakich materiałów, z takich te bajki robili i ona właśnie została przesłana dotarła do Felicjana w wydrążonej właśnie książce, w słowniku. Także się zmieściła tam idealnie. Zresztą Felicjan Świerczyna ma ten słownik do dzisiaj i widać jak to w jakich warunkach ta książeczka dotarła do niego i prawdopodobnie przyniósł ją jakiś oficer niemiecki, esesman do domu.

Felicjan Świerczyna:

„Bajka o zajączku lisie i kogutku” trafiła w sposób przedziwny. Któregoś wieczoru mama już nie potrafiła mi wtedy powiedzieć kiedy. Czy to był rok ‘43 czy może ‘44 wieczorem rozległ się dzwonek do drzwi wejściowych moja mama wyszła do przedpokoju, spojrzała na drzwi, a drzwi wejściowe do mieszkania były oszklone. Było widać osobę stojącą na korytarzu i zobaczyła wysoką postać w mundurze bardziej rzucającym się w oczy nakryciu głowy, czyli czapki oficerskiej SS przerażona otwarła drzwi wtedy tenże człowiek wręczył mamie paczuszkę niedużą powiedział dziękuję i wyszedł. Mama wracając do mieszkania po otwarciu tej paczki zobaczyła książkę „Das Alter Turm” (Historia starożytności) w języku niemieckim książka dość obszerna stronowo po otwarciu okazało się że strony książki wewnątrz są wycięte w kształcie prostokąta a w środku nieduża książeczka. Książeczką tą okazała się być bajka, o której wspomniałem. Mama właściwie była przerażona, no ale oczywiście książkę schowała, bajkę schowała. Natomiast na ostatniej stronie tej książki jest podpis ojca z adnotacją „KL Auschwitz numer obozowy 1393”. Bajka towarzyszyła mi od pierwszych dni, pierwszych lat, kiedy potrafiłem czytać.

Jadwiga Kulasza:

Bernard Świerczyna on był znany już przed wojną z tego, że on angażował się w pisanie tekstów, słuchowisk. Nawet one były odtwarzane w Radiu Katowickim. On miał jakieś przygotowanie do tego, żeby coś tam po swojemu pisać i ten dosyć długa jest dedykacja skierowana do jego syna taka wskazująca jakby drogi życiowe dla niego. Zresztą też tam jest podkreślona taka bliskość z jego mamą, z nim. Tym bardziej jest to ważne że po prostu Bernard Świerczyna niestety nie przeżył obozu.

Bernard Świerczyna był członkiem obozowego ruchu oporu. W 1944 roku wraz z czwórką współwięźniów podjął próbę ucieczki. Niestety, w wyniku zdrady cała piątka została złapana i osadzona w bunkrze bloku 11 . O szczegółach tych wydarzeń opowiada Felicjan Świerczyna, syn Bernarda:

Postanowiono że kierownictwo Ruchu Oporu zbiegnie z obozu. W jaki sposób? Ano wykorzystując Bekleidungskammer, czyli tą komórkę, która zajmowała się wywożeniem skradzionych ubrań do pralni. Więźniowie mieli schować się w samochodzie ciężarowym pod workami z tą brudną odzieżą, bielizną. Przekupiony był kierowca SS, który po wyjeździe zza druty obozu miał trafić do jednostki partyzanckiej. Kierowca, który jako jedyny znał cel jazdy i ludzi, którzy mieli z obozu wyjechać pod przykryciem, zdradził. Zamiast wyjechać z obozu podjechał pod osławiony, blok śmierci blok 11. Tam więźniowie tam ojciec zostali osadzeni w bunkrze, czekając na decyzję władz obozowych. Decyzja władz obozowych mogła być jedna skazanie na śmierć. Rzeczywiście ojciec i współwięzień zostali skazani na śmierć i 30 grudnia 1944 roku. Trzy tygodnie przed wyzwoleniem obozu zostali straceni przez powieszenie.

Jadwiga Kulasza:

Zginął powieszony w ostatniej egzekucji, jaka się odbyła w KL Auschwitz. 

Felicjan Świerczyna:

Jako człowiek 26 letni potrafił być właściwie wszystkim Alfą i Omegą. Przesadzam może mówiąc w ten sposób, ale to był człowiek, który pracował, który udzielał się społecznie, który był harcerzem, który był oficerem, który był studentem prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przyszedł rok 1940 maj, czerwiec, lipiec i historia ojca zaczęła się, życie ojca zaczęło się po raz, powiedzieć mogę, po raz drugi, życie w obozie KL Auschwitz. Zakończone, no tragicznie.