Relacje o wysiedleniach lokalnej ludności związanych z rozbudową
Transkrypcja podcastu
Posłuchaj na: SPOTIFY | APPLE PODCAST
Oświęcim przed wojną był miastem zamieszkanym przez Polaków i Żydów. W czasie II wojny światowej został wcielony do Niemiec, a nazwę miasta zmieniono na Auschwitz. Pod koniec 1939 r. zamieszkiwało go ponad 12,5 tys. osób, z czego około połowę stanowili Żydzi. W pobliżu Oświęcimia znajdowały się wsie, które w grudniu 1939 r. weszły w skład niemieckiej jednostki administracyjnej: Stadtbezirk Auschwitz. Mieszkało w nich około 13 tys. osób.
W związku z powstaniem i rozbudową obozu Auschwitz w sumie zmuszono do opuszania swoich domów kilkanaście tysięcy polskich i żydowskich mieszkańców Oświęcimia i okolicznych miejscowości. W podcaście „O Auschwitz” przedstawiamy fragmenty relacji świadków tych wydarzeń oraz ich bliskich.
Z relacji Zofii Przybyłowskiej, wysiedlonej mieszkanki Boru
Życie płynęło jak co dzień. Tatuś pracował na kopalni, mamusia pracowała na roli. Niewiele tego gruntu było, ale trzeba było wyżywić rodzinę. W związku z tym uprawiała zboże, ziemniaki, buraki. No i oczywiście była również drobna hodowla. Miała mama krowę i drób, indyki, kury, kaczki. Tak jak na gospodarstwie dawno było.
Z relacji Piotra Bielenina, którego rodzina matki została wysiedlona z Harmęż
W domu mieszkała rodzina: moi dziadkowie, którzy mieli siódemkę dzieci, z tego pięcioro dzieci żyło.
Moja mama była najmłodsza. W momencie wybuchu II wojny światowej miała 7 lat, miała iść do szkoły. I oprócz tego w domu jeszcze mieszkał brat dziadka, który był kawalerem. Dziadek pracował na kopalni. Oprócz tego miał taką smykałkę do różnych prac. Był też murarzem. Dlatego też wiele prac przy domu sam wykonywał. Ten dom mogli wybudować.
Z relacji Heleny Grzesło, wysiedlonej mieszkanki Polanki Wielkiej
Cóż, mój tata był rolnikiem. Mieszkali my w Polance Wielkiej. Było nas rodzeństwa dziewięcioro.
Z relacji Aleksandra Karkoszki, wysiedlonego mieszkańca Brzezinki
Olbrzymi dom dziadek miał. Bo moja babcia tam mieszkała z całą rodziną i siostra babci. No bo jak był sołtysem, jak miał majątek, to niczego nie brakowało. Wszystko zburzone.
Z relacji Józefy Handzlik, wysiedlonej mieszkanki Brzezinki
Ogromnie duży dom. Te warsztaty dwa. Lodownia ogromnie duża. Bo przedtem nie było lodówek, tylko lodownie. Lód się zwoziło furmankami. Ogromne łaty lodu. I stodoła nowa była wybudowana. No i była gospodarka ogólnie rzecz biorąc duża.
Z relacji Sabiny Rosenbach, wysiedlonej mieszkanki Oświęcimia
Ludność żydowska i katolicka z Oświęcimia była na wysokim poziomie. Wszystko zmieniło się we wrześniu 1939 roku wraz z wybuchem wojny.
Z relacji Mariana Górnickiego, wysiedlonego mieszkańca Oświęcimia
Wielu innych Żydów znałem. Na ulicy mieszkał taki, wybudował nowy dom. To był jeden z najładniejszych domów w Oświęcimiu. Takie półkoliste były balkony. On został zbombardowany prawie całkowicie. Ojciec miał kolegę Żyda, nazywał się Jurkowski. To był bardzo porządny człowiek. Był introligatorem, zapalonym wędkarzem. Mój ojciec też, więc wędkowali razem. Przychodził po ojca. On zawsze wiedział, kiedy ja mam urodziny, imieniny. Zawsze przychodził do mnie z prezentem.
Sabina Rosenbach
Do czasu rozpoczęcia szkoły mieszkaliśmy na rogu hotelu Hertz. Później zamieszkaliśmy na ulicy Sienkiewicza 8. Tatuś prowadził na rynku „Orbis”, na rogu ulicy Piłsudskiego i rynku głównego w hotelu Hertz. Miał też sklep bławatny i galanteryjny, w którym prowadzono sprzedaż hurtową i detaliczną. Mamusia czasem pomagała w sklepie. Uczęszczałam do szkoły podstawowej imienia Królowej Jadwigi. Stosunki między Żydami a innymi mieszkańcami miasta Oświęcimia były bardzo dobre.
Z relacji Ewy Neiger, wysiedlonej mieszkanki Oświęcimia
W dniu wybuchu wojny, w piątek 1 września 1939, znaczna część ludności żydowskiej uciekła z Oświęcimia w obawie przed Niemcami. Uciekali również Polacy.
Marian Górnicki
Ja akurat w ‘ 39 roku pierwszy raz miałem pójść do szkoły, ale nie było mi to dane, gdyż na moją szkołę już o piątej rano spadła pierwsza bomba niemiecka.
Sabina Rosenbach
W pierwszym dniu po wybuchu wojny Oświęcim był bombardowany. Były też ofiary. Na początku Niemcy wywieźli księży i inteligencję.
Marian Górnicki
Zamiast do szkoły dwa dni później z rodziną uciekaliśmy. Z rodziną, to znaczy z mamą i z siostrami.
Ewa Neiger
Ja również uciekłam w kierunku Krakowa pieszo.
Zofia Przybyłowska
Nie wiedzieli, co robić. I wśród sąsiadów wszyscy uważali, że należy jechać na wschód. Że tam mogą gdzieś się schronić i przed tą drugą wojną światową uciec. Zaczęła się tułaczka. Zaczęły się naloty. Nikt nie zabezpieczał noclegu, ani możliwości pobytu.
Z relacji Wandy Saternus, wysiedlonej mieszkanki Broszkowic
Zaś my szli dalej, tak my szli, szli, szli. Już my byli pod Ojcowem. I taki się zrobił ruch. A jedzie, te wozy jadą, a tu jadą dwa samoloty. Takie uuuuu, tak niziutko objechały się. I tak z karabinu maszynowego. Wszystko tak uciekało. A tam były takie pola straszne. Nie było domów, ino przy tej szosie, przy tym gościńcu takim. Wszystko do tego tytoniu, do tego tabaku uciekało. Wszyscy się pokryli. No a kto nie zdążył, to tam którego trafiło, jeden leżał. To krowa rozerwana, to chłopak zabity.
Sabina Rosenbach
Ludność z małych miasteczek, które mijaliśmy, okazała się wspaniała. Stali przy drodze i gdy się zmierzchało, zapraszali nas na noc do siebie, nie biorąc za nocleg pieniędzy. Wyścielili nam świeżą słomą na podłodze. Rodzicom oddali łóżko. Przyjmowali nas z całym sercem.
Marian Górnicki
Drogą jechały wozy wojskowe z zaopatrzenia. Kilometrami się ciągły i na drogę nie wpuścili nikogo. Ktoś zaczął krzyczeć, że uciekać szybko, szybko, bo Niemcy już za nami, czołgi jadą. Lasy się paliły z każdej strony, a my przez ten płonący las.
Z relacji Sylwi Bachner, wysiedlonej mieszkanki Oświęcimia
Po wybuchu wojny wszyscy Żydzi z Oświęcimia ewakuowali się na wschód. Niedaleko zdążyli uciec, bo Niemcy już 3 czy 4 września 1939 roku zajęli Oświęcim i ludzie zaczęli wracać.
Sabina Rosenbach
Po drodze widzieliśmy na trotuarze spalonych ludzi. Nie zapomnę tego obrazu. Po raz pierwszy w życiu widziałam martwych ludzi. Ich ciała leżały spalone jak czarne kłody. Zatrzymaliśmy się w Kolbuszowej i postanowiliśmy wrócić z powrotem. Rodzina tatusia z Tarnowa odradzała nam powrót. Mówiła nam, że Niemcy zabierają znanych ludzi jako zakładników.
Wanda Saternus
Jedni przyszli za miesiąc, jedni za tydzień, jedni już w ogóle nie przyszli, bo jak zwalony dom to tam mieszkali, gdzieś się tam gdzieś zahaczyli.
Marian Górnicki
Do Oświęcimia doszliśmy piechotą po południu, już późnym popołudniem. Zastaliśmy w domu już wszystkich. Był pierwszy ojciec, za nim przyszła mama z siostrami, a po dwóch godzinach za mamą myśmy wrócili. Przyszliśmy już pod koniec września.
Sabina Rosenbach
Do domu wróciliśmy pod koniec 1939 roku. Mieszkanie i sklep były nienaruszone. Siostra mamusi dbała o to. Było mało żywności, ale w zamian za materiały można było dostać ziemniaki od chłopów.
Pod koniec 1940 roku władze niemieckie, realizując plany germanizacji Górnego Śląska, prowadziły przesiedlenia ludności żydowskiej z zachodniej do wschodniej części Rejencji Katowickiej, w tym do Oświęcimia. W ich wyniku liczba ludności żydowskiej w Oświęcimiu końcem 1940 r. wzrosła, jednak już na początku 1941 r. zaczęła spadać, ponieważ Żydów zaczęto wysiedlać oraz wysyłać do obozów pracy na Śląsku.
Z relacji Anna Hönig, wysiedlonej mieszkanki Oświęcimia
Ludność się zmniejszyła, ale ubytek został wyrównany, a nawet przewyższony w roku 1940, wskutek tego, że Żydów zamieszkałych we wioskach okolicznych spędzono do Oświęcimia. Szły wieści, że cała ludność Oświęcimia zostanie wysiedlona ze względu na to, że nie wolno mieszkać tam, gdzie znajduje się obóz koncentracyjny.
Po podjęciu wiosną 1940 roku decyzji o utworzeniu obozu koncentracyjnego w budynkach byłych koszar wojska polskiego w Oświęcimiu władze niemieckie wysiedliły około 1200 Polaków zamieszkujących tzw. osadę barakową znajdującą się w najbliższym sąsiedztwie koszar, zaraz przy bocznicy kolejowej, przejętej na potrzeby powstającego obozu. Wysiedlenie mieszkańców miało na celu usunięcie potencjalnych świadków i odizolowanie terenu obozu od ludności cywilnej. Po usunięciu mieszkańców z tzw. osady barakowej Niemcy rozpoczęli się wysiedlenia polskich i żydowskich mieszkańców jednej z dzielnic Oświęcimia – Zasola, a także części wsi Brzezinka. Kolejne wysiedlenia ludności – od końca 1940 r. – związane były z tworzeniem tak zwanej strefy interesów KL Auschwitz. Obejmowały okoliczne wsie: Broszkowice, Babice, Brzezinkę, Pławy, Harmęże, Rajsko, Bór i Budy. Władze niemieckie przejęły domy i cały dobytek wysiedlonych mieszkańców. Większość domów wyburzono, niektóre zostały przekazane na potrzeby SS.
Józefa Handzlik
Nikt nie przypuszczał, że będzie wysiedlenie, że nas wysiedlą. Nikt tego nie przypuszczał.
Z relacji Heleny Mataniak, wysiedlonej mieszkanki Oświęcimia
Wiosną 1940 roku na terenie dawnych koszar Wojska Polskiego utworzono hitlerowski obóz koncentracyjny. […] mieszkańcy baraków położonych w pobliżu obozu koncentracyjnego otrzymali zawiadomienie, że […] wszyscy muszą opuścić baraki. Nie było żadnego odwołania. Niektórzy próbowali interweniować u niemieckiego burmistrza – bezskutecznie. Byliśmy w rozpaczliwym położeniu. Nie przydzielono zastępczych kwater, każdy miał załatwić swoje przeniesienie we własnym zakresie. Prawie wszyscy zastosowali się do rozkazu […].
Schronienie znaleźliśmy w nieukończonym […] domu zięcia Oleksiewicza Józefa w Jawiszowicach. Ponieważ dom był jeszcze w stanie surowym, zamieszkaliśmy w piwnicy. Dopiero po paru miesiącach, dzięki pomocy sąsiadów, udało się jako tako wykończyć budynek i dopiero wówczas mogliśmy się przenieść do pokojów.
Sabina Rosenbach
Żydzi, którzy mieszkali w okolicy obozu, zostali przesiedleni do miasta, które dzieliła rzeka Soła.
Z relacji Tauby Grünn, wysiedlonej mieszkanki Oświęcimia
W ten sposób całe Zasole zostało z Żydów oczyszczone. W jednym pokoju mieszkały 3-4 rodziny.
Józefa Handzlik
Nastąpił 1941 rok i już zaczęli wysiedlać pomaleńku ludzi.
Marian Górnicki
Pamiętam, jak jedna z tych Żydówek mówiła, o i tak teraz wy, a pewnie następni będziemy my. Myśmy byli wcześniej wysiedleni jak oni.
Z relacji Marii Gawron, wysiedlonej mieszkanki Babic
To był chyba wielki tydzień. Wywozili nas, wysiedlali nas. Całe Babice były wysiedlone, Brzezinka, te okoliczne, prawda. I nas też wywieźli.
Z relacji Janiny Stawowy, wysiedlonej mieszkanki Boru
Przed wysiedleniem Niemcy robili taki wykaz, kogo wywieźć, kogo nie, kto ma zostać.
Zofia Przybyłowska
Może miesiąc wcześniej to się odbyło. Jak spisywali, kto w domu mieszka, to na tym domu zaznaczali czerwony krzyż, albo zielony krzyż.
Janina Stawowy
Szedł pracownik, niósł dwa kubełki z dwoma farbami i zaznaczał. A urzędnik czytał ten numer, ten nazwisko, czerwony, ten zielony i tak dalej.
Zofia Przybyłowska
Myśmy mieli naznaczony zielony krzyż. Rodzice nie wiedzieli, co to oznacza, czy to jest gdzieś wywiezienie. Dopiero jak w kwietniu przyszedł żandarm i przyniósł nakaz opuszczenia domu. To między ludźmi później się już na wysiedleniu dowiedzieli, że ci, co pracowali na kopalni, względnie mieli pracę na swoim terenie, to na domach się znajdował zielony krzyż. To znaczy, że ręce są zapewnione do pracy.
Janina Stawowy
Ci, którzy pracowali, byli tu potrzebni, pracownicy na kolei, w kopalni czy gdziekolwiek, to byli potrzebni i zostawali. Szedł urzędnik z pracownikiem i zaznaczał domy. Ci, co mieli zostać, dostali krzyż na ścianie zielony, a ci, co mieli być wywiezieni, krzyż czerwony. To było pędzlem, taką farbą na ścianie koło wejścia do domu.
Zofia Przybyłowska
Rolnicy, którzy nie pracowali nigdzie, ani nikt z domu ich nie pracował, to mieli namalowany czerwony krzyż i wywożono ich do Generalnej Guberni.
Janina Stawowy
Rodzice byli rolnikami, rolnicy nie będą potrzebni, bo pole będzie zajęte, zabrane pod obóz, bo to były już plany obozu z Oświęcimia. I wszystkich, którzy tu byli niepotrzebni, nie pracowali, żeby nie zagęszczali tego terenu, bo tu było opuszczenie kilka wsi, Brzezinka, Babice, Pławy, Harmęże i Bór, do opuszczenia pod obóz, który planowali Niemcy rozszerzyć. Z tych terenów ludzie musieli być wyrzuceni.
Zofia Przybyłowska
Nasz dom miał zielony krzyż, ponieważ tatuś pracował na kopalni, a najstarszy brat, 12-letni Ireneusz, pracował w piekarni.
Józefa Handzlik
No i oczywiście wysiedlili nas, no i mamusia dostała zawał, no a tak to wszystko bracia brali, co mogli, ale czy to się dało wszystko wywieźć, jak myśmy mieli wielką gospodarkę.
Z relacji Sylwestra Szałaśnego, wysiedlonego mieszkańca Boru
To było na wiosnę, wczas rano, przyjechały samochody pełne wojska i osiedlili się koło naszej stodoły. Bo pamiętam, wyciągnęli stolik, wyszedł taki pan, na ręku miał szpicrutę, esesman oczywiście, czerwony, wysoki, chłop. Pamiętam, go jak dzisiaj. I za tym stolikiem siadł i tam rozdzielał wojsko, gdzie mieli jechać i kogo mieli zbierać. Domy były poznakowane czerwonymi i zielonymi krzyżami. Czerwonymi krzyżami gdzie indziej, zielonymi krzyżami gdzie indziej. Tylko mogli sobie zabrać to, co mieli przy sobie.
Z relacji Krystyny Szałaśny, wysiedlonej mieszkanki Babic
Było tylko dwie godziny niecałe, no i na ten wóz nas tam wszystko, i też nie było wszystkiego wolno wziąć, bo mamusia mówiła, co tylko mówili żeby coś wziąć, takie osobiste rzeczy.
Zofia Przybyłowska
Zabrać tylko to, co mogą do rąk wziąć i muszą się z tego domu wynosić pod adres skazany na tej kartce. To był nakaz po prostu opuszczenia domu. Ale wcześniej zarządził, że wszystek inwentarz żywy, a była wtedy krowa, ciele i również drób. Trzeba zaprowadzić i to w szybkim tempie na podwórze do Pana Szałaśnego. To było gdzieś koło 200 metrów, może 250 od naszego domu.
Z relacji Wandy Patyny, wysiedlonej mieszkanki Babic
Ładowali na fury, co chcieli to władowali, co nie chcieli to zostawili dla siebie i do widzenia. Klucz wzięli i oni są władzami. Jeszcze nawet kury pozbierali, jajka pozbierali, krowę, świnie pozbierali, prosięta pozbierali, wszystko pozbierali z domu.
Zofia Przybyłowska
Mieliśmy psa, to ten pies musiał być zostawiony. Po zdaniu tego inwentarza wrócili i szli w kierunku Brzeszcz, ponieważ dostali nakaz pobytu u państwa Włochów.
Sylwester Szałaśny
Wszystko, bydło zganiali, bo u ojca był duży ogród, ogrodzenie było. Komendant lagru gospodarczego, Schwarz się nazywał, co tu kierował całym tym wysiedleniem. Na ogród zganiali konie, krowy, świnie, wszystko. I brali ludzie tyle, co do ręki sobie wzięli tobołek, do samochodu ciężarowe ładowali i odjeżdżali.
Janina Stawowy
Ja w tym dniu z moją mamą karmiłam świnie. Wanda i Staszka poszły na rekolekcje, były w kościele, a kościół był zamknięty i z wrzaskiem usłyszały, że wysiedlenie i szybko biegły do domu. No i wpadły do domu, wysiedlenie i one uciekły zaraz. Uciekły, jak były ubrane tak do Harmęż, uciekały na miedzy, uciekały. A myśmy z mamą, mama jak w tych butach takich do chlewa poszła. Uciekałyśmy za krzaki, żeby z domu uciec. Pewnie byśmy wszyscy uciekli, tylko że tata chciał prędko, zaprzęgał konia i chciał prędko coś tam złapać i już nie zdążył. Myśmy uciekły jeszcze na granicę, to się tak nazywało, na pole, które graniczyło z Harmężami. No i potem jak my uciekli, tatę złapali. Już wjechał samochód do podwórka i widzieli, że gospodarz ucieka i halt, halt, wyleciał tam żołnierz z karabinem i oczywiście zabrali go z powrotem i wzięli go do tego samochodu, a nas nie było w domu. Myśmy uciekły z mamą na tą granicę, tam się schowały, siostry uciekły, tylko tatę złapali, jego tylko wzięli.
Helena Grzesło
Przyszedł rozkaz, za parę godzin się spakować i opuścić dom. No i wszystko przed dom my wynosili i przyszła furmanka po nas i ile się załadowało na tę furmankę, to my tyle wzięli. A ino siedział furman i mama, bo brat był malutki, a my wszyscy za wozem szli na Górną Polankę do szkoły, tam była komisja Niemców i tam wszystko sprawdzali i dostali my numer, gdzie mamy jechać. No i odjechali my z tej Górnej, tam do Malca my dostali numer.
Janina Stawowy
Do Oświęcimia zawozili tam ludzi do tak zwanej papowni. To była fabryka papy, która była nieczynna i tam były takie hale, ale zadaszone i tam tych ludzi zwozili właśnie tych wysiedlonych, tam z tobołkami, co kto miał.
Z relacji Henryka Kuczka, wysiedlonego mieszkańca Polanki Wielkiej
Osiemnaście rodzin z Polanki wywiezieni byli do Niemiec. Całe rodziny, z dziećmi, ze wszystkim. Część rodzin była wywieziona do Malca, do Bielan, do Łęk i do Grojca. Tam byli rozrzuceni, a reszta pozostała w Polance. Niektórzy w swoich domach, niektórzy, których Bauer zajął ich dom, no to byli wysiedleni do sąsiada i tam mieszkali i pracowali. Bo to Bauerzy wtedy, jak oni przejęli te gospodarstwa, to przed wojną były gospodarstwa u nas 6-8 hektarowe do 10 hektarów - małe, a oni mieli gospodarstwa 40 hektarów, takie duże gospodarstwa . No więc 4-5 tych gospodarstw na jedno poszło. No i reszta tych ludzi pracowała u Bauerów.
Helena Grzesło
Tatę przeznaczyli do rolnika Polaka. Tam było ino trzech rolników, którzy się utrzymywali z rolnictwa. A tak to byli takie biedni ludzie. Z tego powodu, że on tam się dostał, miał bardzo dobrze i nie mieli my głodu.
Henryk Kuczek
Ojca gospodarstwo było między dwoma Bauerami. Część pola poszła do jednego, a część pola do drugiego. A budynek zajęło wojsko. Dom nasz wykorzystywali oni, bo mieli cywilnych pracowników, bo trzeba było jakieś roboty tam robić, czy betony, czy tego. No bo to jak to było w sadzie trzeba było, bunkry budowali, to nasz budynek wykorzystali dla pracowników. Mieszkali w tym naszym budynku. A ojca z rodziną wysiedlili tam do sąsiada, no i tam mieszkali.
Z relacji Marii Jurczyk, wysiedlonej mieszkanki Osieka
No przyjechał drabiniastym wozem człowiek po nas. Powinien był przyjechać w skrzyni albo w takich półkoszkach, a nie w drabiniastym wozie. Jak to można na drabiniasty wóz coś położyć? No i tak nam nic nie wolno było wziąć, tylko takie rzeczy, co mama miała w skrzynkach, w pudłach, no to to tylko. A tak to nic, ani łóżka, ani mebla, nic nie wolno było wziąć. Wszystko trzeba było zostawić.
Wanda Patyna
To jest trudne, naprawdę. Bo to taki ruch był, tyle płaczu, tyle darcia było, że szkoda mówić. Bo to dom za domem szło. Nie miał nic do gadania nikt. Już tam nie śmiał nogą nawet wstąpić.
Maria Gawron
Wiem, że niektóre rzeczy tylko żeśmy zabrali na wóz. Jeden kuzyn mojej mamy przyjechał tym koniem i zabrał. Wiem, że kredens kuchenny, że łóżka, że szafa tam była, że była maszyna do szycia. I była moja mama z dziećmi, z Halinką, z Józiem. Żołnierze byli, pilnowali, pilnowali, co my zabieramy.
Janina Stawowy
My się do domu nie chciały wracać, ja z mamą. Potem ta siostra wróciła z tej szkoły gdzieś też. I poszliśmy do sąsiadów. Tam myśmy siedzieli w tym domu. Do swojego domu my już tam nie szli, bo my się tam bali wejść. Do tego domu w nocy tata wrócił po nas. Mama wzięła nas, no i poszliśmy do tej papowni tam. Tak jak myśmy byli. No nic my nie mieli. Zwierzęta zostały i zwierzęta prawdopodobnie na drugi dzień zbierali.
Marian Górnicki
Wysiedlenie było 6 marca 1941 roku. W porze obiadowej, mama prawie podała obiad na stół. Jedliśmy pierwsze danie, nawet pamiętam, był to rosół z ziemniaczkami. Kazali wstać od tego, nie pozwolili dojeść. Wyciągnęli listę, sprawdzili czy wszyscy jesteśmy na liście. I kazali z domu wyjść. Ojca zrewidowano, zabrano mu pieniądze, które miał przy sobie. I nie pozwolili się matce nawet zbliżyć do szafy, ani ojcu. Tylko w tym czym byliśmy wyjść. W kuchni stała otomama pod oknem. Była nakryta takim porządnym pledem wełnianym i mama skoczyła do tego pledu, zerwała go z tej otomany i narzuciła na siebie. Niemiec zaczął krzyczeć na nią, żołnierz. Ale mama mówił, co pan myśli, że ja w sukience samej na ten mróz pójdę? Machnął ręką, nic nie powiedział. A mnie mama przy drzwiach włożyła, taką miałem baranicę, w ubraniu, bo nie pozwolił nic wziąć. Tą baranicę tylko na głowę mi włożyła. Ojciec kapelusz zdjął z wieszaka, włożył na siebie, też w marynarce, jak był ubrany. I prowadzili pod karabinami na plac Kościuszki. Na placu Kościuszki stały już samochody ciężarowe, oplandeczone. I kazali wejść na jeden z tych samochodów i weszliśmy. Potem dochodzili inni ludzie. Kiedy się napełnił samochód, pojechaliśmy. Ruszył samochód w kierunku dworca. Wywieźli nas do byłej fabryki samochodów. Tam na betonie była rozesłana słoma i tam nas ulokowano. Rano podstawili pociąg. Przed pociągiem stał oficer i miał listę i wskazywał, kto do którego wagonu ma wsiąść. Nas wsadzili do jednego z tych wagonów. Kiedy zapełnił się pociąg, ruszyliśmy w nieznanym kierunku. Zimny pociąg był, nieopalony. Wszyscyśmy się z zimna trzęśli, tulili jeden do drugiego.
Janina Stawowy
To było na drugi dzień chyba - pociąg. Dwadzieścia wagonów i to był pociąg zestawiony z wagonów osobowych. Przyszedł pociąg podstawiony na peron w Oświęcimiu. Wszyscy kolejno wchodzili do tych wagonów i zajmowaliśmy siedzące miejsca w wagonie. Przyjechaliśmy do Gorlic. I tam z kolei znowu wysiadaliśmy z pociągu, taką kawalkadą, takim szeregiem. Oczywiście żołnierze po bokach. I część do Bożnicy, a część jak pewnie brakło miejsca - w szkole. Byli wezwani sołtysi okolicznych wsi. I wszyscy sołtysi dostali przydział tych rodzin wysiedlonych.
Marian Górnicki
Każdy gospodarz miał obowiązek jedną rodzinę zabrać do siebie i dać mieszkanie u siebie w domu.
To byli gospodarze, którzy mieli większe domy. Nas zabrano do Łużnej. Właściciel się nazywał Śliwa. Pamiętam, jak wysoki mężczyzna zabrał nas do siebie. Dał pokoik taki może 16-17 metrów kwadratowych. No i w tym pokoiku musieliśmy mieszkać mama, tata, ja, siostra no i te dwoje dzieci, które mama zabrała ze sobą. Bo jak siostra była w szpitalu, musiała te dwoje dzieci tamtej siostry chorej zabrać. A jej teściowa, bo była z nią też wysiedlona, obok w drugim domu dostała też pokoik. To dziecko, jak wróciła siostra, w bardzo krótkim czasie zmarło.
Janina Stawowy
Sołtys wyznaczał rodziny, co mają przyjąć wysiedlonych ludzi. Po nas wysyłał sołtys furmankę. Myśmy dostali przydział do Krygu. Ta wieś się nazywała Kryg. Przyjechał taki Jan, młody chłopak, może miał 19 lat. Sajchta się nazywał. I on przyjechał, zabrał nas, naszą rodzinę i wiedział od sołtysa, gdzie ma nas ma zawieźć. No i wchodzimy do tego mieszkania. To był marzec. U nas już prawie śniegu nie było, ale tam jeszcze był śnieg. I tak przez sufit były deski tak położone, żeby było widać dach i śnieg jeszcze tam. Podłogi nie było, klepisko. Kuchnia była, taka kuchnia do gotowania, ale płyty, tych gontów nie było. No oczywiście nie było nic w tym. I do tego my z torbą, z jakimś tam swetrem, sukienką i myśmy mieli tam mieszkać. Mama, mama się rozpłakała strasznie. Przytuliła nas i mówi, co mamy robić? Jak my tu będziemy żyć? Co my mamy robić? Tata stał z boku, a ten Janek Sajchta widział tą rozpacz mamy, taki dobry, młody to człowiek był, ale naprawdę, on zginął, potem słyszałam, że zginął. Wziął mamę za ramiona, poprosił, żebyśmy wyszli i do siebie, zaprosił nas do ich mieszkania, do ich domu.
Marian Górnicki
Tam pozostaliśmy około dwóch miesięcy w tej Łużnej. Tam chodziliśmy po gospodarstwach z ojcem i robiliśmy naprawy uprzęży, za co dostawaliśmy żywność no i parę groszy. Zawsze na wieczór gospodyni nalała do bańki mleka i pół bochenka chleba. No to nosiliśmy mamie, siostrom i tym dzieciom. Po dwóch miesiącach, jak ojciec zebrał trochę grosza, napisał do siostry swojej, do Kongresówki, do Pilicy, do miasta, z którego pochodził. Siostra powiedziała, że tam jest jeszcze, ona mieszkała już nie w Pilicy, tylko w Kluczach. Klucze były już za granicą, to znaczy w Rzeszy. Pilica była w Guberni. Po Guberni mogliśmy się poruszać, więc do Pilicy mogliśmy pojechać. Tam w Pilicy zostały jeszcze dwa morgi pola, których nie zdążyła przed wybuchem wojny sprzedać, bo ona mieszkała w Kluczach. Dom był jeszcze po rodzicach. No i pojechaliśmy tam rzeczywiście. Rodzina się zaraz zleciała. Poznosili każdy, co kto mógł, łóżko, jedno, drugie, jakąś pierzynę przynieśli. No i tak zaczęliśmy tam żyć.
Wanda Saternus
Przyszli Niemcy i Broszkowice Broszkowice wysiedlać, bo zrobili obóz, no to mieli więźniów, Broszkowice wysiedlić. Wzięli tam coś trzy czy cztery rodziny z tamtej strony i kazali się im wyprowadzić natychmiast. No to się musieli wyprowadzić, bo przyszli z karabinami. Przyszedł do nas i:„Los, los, Schweinepolen, Was machst du”, tak się ciężko rozdzierał. My mieli tam, bo to jeszcze mieliśmy takie niewykończone izby, taki piec był dawno z cegły wybudowany i taki „cygan” nazywali ten piec. Mama tam miała taki słój z jajami pełny. Jak wziął kilof, to tak prał, ino te jaja pryskały. Pamiętam, obalił cały ten piec. Rozwalił wszystko. Brał tata przez Sołę, bo ta Soła była mała i spakowali my to, co trzeba było i wio. No i poszedł do miasta. On tam miał może takie znajomości, ja wiem. Znalazł takie miejsce tam na ulicy Solnej, przeszedł bez most i tam u, Paździora się nazywał ten chłop, taką żonę miał, w takim wieku już byli, a my w suterenie. Kuchnię nam dali i pokój taki.
Janina Stawowy
Wysiedliśmy w Brzeszczach na stacji i poszliśmy na Zieleńce, bo tata miał tam brata. Oni tam mieli tylko dwie izby wykończone, mieli dom niewykończony. Nie było bardzo gdzie mieszkać. No ale żeby się zaczepić jakoś. Numeru nie było, mieszkania nie było. Mieszkaliśmy, jak to powiedzieć, niezameldowani, nieurzędowo. Ale tata był górnikiem, zanim został rolnikiem, zanim się ożenił. Poszedł na kopalnię do dyrektora i chętnie go przyjął. Jak tata zaczął pracować, oczywiście już był zameldowany, bo był pracownikiem, mieszkańcem Brzeszcz, więc trzeba było jakieś mieszkanie. No i przydzielili taką kuchenkę, bo było zagęszczenie mocne. Bo jak już wspominałam, wszyscy tu z okolicznych miejscowości zamieszkali, to była taka ciasnota. Nigdzie nie było wolnej izby, że tak powiem. No ale taką kuchenkę tam gdzieś na Zielonej, to się nazywało Kurcabów, dostali mieszkanie. Ale już był numer i wiadomo było, że mieszkają już. Byli zameldowani w Brzeszczach. No siostry uciekły na Górny Śląsk, tam dostały służbę na Śląsku jako służące u gospodarzy. Najmłodsza siostra Marysia była u babci w Brzeszczach. Mnie do Oświęcimia do mojej cioci mama zawiozła. Oni mieszkali na Solnej. Mieszkałam w pierwszym domu od Soły na ulicy Solnej.
Aleksander Karkoszka
W 1941 roku już było wysiedlenie. Ogromnie tego nie zapomnę. Jak myśmy jeszcze w Brzezince byli i przechodzili przez tą główną ulicę, gdzie to Żydzi mieli sklepy itd. Wieźli z Pław, w autach, naszych sąsiadów. Z płaczem żegnali się z nami. Zaczęli wysiedlać, nie. Pławy, Harmęże, no i później Brzezinkę, Babice itd. Większość chciała na Śląsk, więc do Bierunia czy gdzieś do Jedliny. To tam się przeniosła. A ponieważ ojciec był kolejarzem i kolejarze, no tośmy, bo już tak było jakoś wyznaczone, to przenosiliśmy się do Oświęcimia. Z dworca wszyscy do Oświęcimia. No chwilowo, bo było napisane, kiedy, do jakiego czasu będziemy w Oświęcimiu.
Na początku 1941 r. zapadła decyzja o usunięciu Żydów z Oświęcimia. Osoby zdolne do pracy były deportowane do obozów pracy na Śląsku, na Żywiecczyźnie, a część skierowano do Generalnego Gubernatorstwa. Większość ludności żydowskiej wysiedlono początkiem kwietnia 1941 r. do Sosnowca, Będzina i Chrzanowa. Ich domy zostały przejęte przez władze niemieckie, a instytucje żydowskie zlikwidowano. Żydzi oświęcimscy w większości trafili do gett, a stamtąd jakiś czas później zostali deportowani do obozu do Auschwitz, gdzie większość z nich zamordowano w komorach gazowych.
Ewa Neiger
W 1941 roku na Wielkanoc, Pesach, odbyło się kompletne wysiedlenie całej ludności żydowskiej z Oświęcimia. Akcja ta trwała przeszło tydzień. Gmina przesyłała kartki. Wolno było zabrać sobie wszystko, ale ludzie z reguły zostawiali meble na łasce losu. Żydów z Oświęcimia przesiedlono do Sosnowca i Będzina. Bogaci i ci, którzy mieli krewnych w Chrzanowie, starali się tam dostać. Transporty szły w pociągach osobowych. Ja zostałam przesiedlona do Sosnowca. Później wystarałam się o zameldowanie w Chrzanowie i pojechałam tam.
Aleksander Karkoszka
To dla mnie było takie przeżycie, tak jak powiedziałem, rozpoczęcie wojny. Bo mieszkałem na tym drugim piętrze naprzeciwko zamku, a tamte ulice to było wszystko żydowskie. I wszystkich tych Żydów z rodzinami wypędzili z tych domów, w jednym dniu. Widziałem, jak matki szły z takimi dziećmi, zapłakane. Nic nie wolno było im zabrać. I wszystko takimi, no niezliczony tłum szedł na most, a później na dworzec.
Tauba Grünn.
Z ciężkim sercem ładowano swój dobytek na wagony ciężarowe, które ludzi, rzeczy zawoziły do Sosnowca.
Sabina Rosenbach
Były plakaty oświadczające uprzednio o wysiedleniu Żydów, w których podano także terminy wysiedleń. Powody tej akcji nie były nam znane. Można było zabrać, co się chciało, lecz nie każdy mógł sobie pozwolić na transport wszystkiego, co chciałby wziąć. Część Żydów wysiedlono do Chrzanowa. Większość jednak do Będzina i Sosnowca, gdzie Żydzi załatwiali pokoje u innych rodzin dla osób wysiedlonych.
Z relacji Abrahama i Jerzego Feinerów, wysiedlonych mieszkańców Oświęcimia
Zaczęło się wysiedlenie. Tak się… pracowały nocami, dniami, ładować na te wozy, jeszcze pozwalały ludziom brać rzeczy. I oni przeważnie jechały do Będzina, Sosnowca.
Z relacji Loli Bodner, wysiedlonej mieszkanki Oświęcimia
Pewnego razu zabrali nas wszystkich na plac stemplować dowody osobiste. Myśmy wiedzieli, że to jest znowuż jakaś pułapka, bo żądali, Niemcy żądali okup za każdym razem. Najpierw pieniądze, brylanty, złoto, obrazy, dywany, futra. Co kto miał. Wszystko musiał oddawać. Tośmy wiedzieli, że coś chcą, ale nie wiedzieliśmy co. Dzień był piękny jak dzisiaj. Wszyscy maszerowali i nie wiedzieli co go czeka. Powoli, powoli. Z początku były dwa stoły, dochodzili i stemplowali te dowody osobiste. Jak przyszła rodzina z głową, że był mężczyzna, żona i dzieci. Wszystko szło na prawo. Jak dochodzili starsi ludzie i z dziećmi, albo rodzina z dziećmi na prawo. To było do wysiedlenia. W pewnej chwili był deszcz. Myśmy zmokli, ale potem znowu wyszło słońce. Wszystko wyszło. Mama nas ładnie uczesała, itd. Podeszliśmy do stołu. Nie spieszyła się. Ona zawsze myślała realnie. Mówi: będą mieli dosyć ludzi do transportu, to nas wypuszczą. Podeszliśmy. Ojciec już był w obozie, siostra, ta co w Ameryce, już była w obozie i mój brat był w obozie. Ja byłam z bratem, z tą przybraną siostrą, tylko z matką. Kiedyśmy podeszli, w jednej minucie, nie wiem jak się to stało do dzisiejszego dnia, mnie rzucili na lewo, a ich na prawo i moja mama z daleka dawała ręką znaki. To było to pożegnanie.
Tauba Grünn
Ciężko nam było opuszczać dom rodzinny i iść na tułaczkę. Ale równocześnie pewne uczucie ulgi opanowało wszystkich. Gdy pociąg ruszył ze strasznego miasta, do którego niektórzy wrócili. Ale już po śmierć.
Sabina Rosenbach
Tatuś miał brata w Chrzanowie, który ułatwił nam przyjazd do Chrzanowa. Zabraliśmy wszystko, co się dało. Wujek wynajął nam mieszkanie na ulicy Krakowskiej. Na nowym miejscu zamieszkania, to znaczy w Chrzanowie, warunki były gorsze, bo byliśmy obcy. My, dzieci, nie chodziliśmy już od wybuchu wojny do szkoły. Zabroniono Żydom. Tatuś nie pracował. Żyliśmy bardzo oszczędnie. Dostaliśmy karty żywnościowe, ale to nie było wystarczające. Więc sprzedawano różne rzeczy z domu, by mieć środki na życie. Na ulicy łapano mężczyzn do różnych prac. Jak na przykład zamiatanie ulic i oczyszczanie trotuarów ze śniegu. Po pewnym czasie, myślę, że było to końcem 1941 roku, zmuszono Żydów w Chrzanowie, by opuścili pewne dzielnice. My z ulicy Krakowskiej musieliśmy się przeprowadzić do dzielnicy, gdzie mieszkali tylko Żydzi. Zamieszkaliśmy przy ulicy Świętokrzyskiej. Niemcy często wpadali do domu i w czasie rewizji, jak im się coś nie podobało, to zabierali Żydów ze sobą. W lutym 1942 roku Gestapo aresztowało tatusia i kilka osób z Rady Żydowskiej w Chrzanowie. Wujek miał w mieście znajomych i próbował uwolnić tatusia, ale jeszcze tej nocy wywieźli wszystkich jako zakładników i jak się dowiedzieliśmy po wojnie, zabrano ich najpierw na Gestapo w Katowicach, a stamtąd do Auschwitz. Mnie i 60 innych dziewcząt wywieziono do Sosnowca, a stamtąd do Niemiec, do Schönberegu koło Landeshut w Sudetach, do obozu pracy.
Abraham i Jerzy Feiner
Tatuś mój najął w Chrzanowie domek i myśmy przeszli do Chrzanowa. Rodzice, brat, siostra i ja.
Aleksander Karkoszka
Później ich wywieźli z Chrzanowa do Oświęcimia. I wszystkich tych, co w Brzezince byli, mieli te karczmy czy co, wszystkich tych Żydów wymordowali.
Polaków wysiedlano początkowo do miejscowości w powiatach bielskim oraz żywieckim, niektórych wywieziono w Sudety, jednak większość kierowano do Generalnego Gubernatorstwa oraz w ramach tzw. wewnętrznych przesiedleń do wsi w rejonie Oświęcimia. Część znalazła schronienie u rodzin w okolicznych miejscowościach, nieobjętych wysiedleniem, resztę wywożono siłą, z niewielkim bagażem, nie informując ich o miejscu deportacji, gdzie czekały na nich trudne warunki życia. Wszystkich Polaków, po ukończeniu 14. roku życia, kierowano na roboty przymusowe.
Piotr Bielenin
Rodzina mojej mamy została przesiedlona do Jawiszowic. Mieszkali w gospodarstwie, gospodarz nazywał się Szczerbowski, na tzw. Lipowcu, natomiast rodzina taty była przesiedlona do Dankowic.
Krystyna Szałaśny
No i zawieźli nas tam do Kopciowic i tam dostaliśmy też taki jeden, ten pokój, no nieduży, malutki, no to tam mieszkał mojej mamy ojciec i babcia, no i mama, no i my - trzy siostry.
Maria Jurczyk
No byliśmy w tym Grojcu, w tych Puścinach my mieszkali trzy miesiące, w tej komórce, a potem pod tą Grojecką Górą. Mój tata pracował, jako kołodziej tam, a siostra nasza pojechała do Wiednia. Tam w Wiedniu pracowała też. A bracia pracowali u tego, tutaj na Niwie, w tej stolarni.
Józefa Handzlik
Cała ta rodzinka się rozproszyła, gdzie kto mógł, tam się ulokował, bo nie było wyjścia żadnego.
Helena Grzesło
A bracia, jeden dostał się do fabryki, do Bielska, drugi do Oświęcimia, tam niedaleko obozu. Na Sole ładował łopatą żwir na samochód. On ciężko pracował. A ten w Bielsku miał lepiej, bo we fabryce. A trzeci brat na kopalni w Brzeszczach. A siostra była przeznaczona do dworu, tam był dwór, pracowała na roli, pracowała. Druga siostra, jak wybuchła wojna, miała 16 lat i to jeszcze była w domu, a jak minęło 18, zaraz ją wysłali do Bauera i ona musiała,
W drugiej połowie 1942 r. władze niemieckie przeprowadziły wysiedlenie mieszkańców części wsi Monowice, co było związane z budową zakładów chemicznych IG Farben.
Z relacji Heleny Hoły, wysiedlonej mieszkanki Monowic
W 1942 roku zaczęto burzyć Monowice, po 10 domów naraz. Prace tę wykonywali więźniowie z obozu oświęcimskiego. Przed wysiedleniem rodzin z Monowic Niemcy ogołocili każde gospodarstwo ze wszystkiego, mianowicie z inwentarza, urządzeń i maszyn. Nie mieli więc wysiedleńcy wiele do pakowania. W Dworach poprzerabiano stajnie we wszystkich gospodarstwach na mieszkania dla tych właśnie wysiedlonych ludzi z Monowic. Były to mieszkania wilgotne, zimne i z podłogą z cegły. Kilkanaście rodzin, gdzie były dzieci dorosłe, wywieziono do robót w głąb Niemiec. Nasz dom był w drugiej dziesiątce. Słychać było stukanie przy burzonych domach. Ojciec mój w tym czasie powstał po dziesięciu miesiącach ciężkiej choroby. Wiedzieliśmy, że wiadomość o zburzeniu domu może być dla niego wielkim ciosem, dlatego chcieliśmy go wywieźć przed tym do rodziny. Wydawało się mu jednak bardzo podejrzanym, dlaczego tak koniecznie chcemy go wysłać i odwlekał wyjazd z dnia na dzień. Pewnego dnia przebiegały ulicą dzieci. Ojciec zapytał ich, dlaczego słychać takie stukanie. Dzieci opowiedziały dokładnie, że więźniowie burzą domy, a ludzi Niemcy wywożą. Za cztery dni ojciec mój nie żył, a za dwa dni po pogrzebie wyrzucono nas z domu.
Józefa Handzlik
Takie to ciężkie życie było. Takich zmartwień, to ogromnie dużo zmartwień. Ojca wysiedlono do Monowic, z mamusią, do szkoły. Tam w szkole wszystkie dziewczyny, te starsze nawet, co wychodziły za mąż, wszystkie się ulokowały przy mamusi i tak się dzieliły taką dużą klasą. Posegregowali szafami i tak mieszkały. Ale to tak długo nie trwało. Z Monowic znowu dostali rozkaz opuszczenia tej szkoły w Monowicach, ponieważ Niemcy potrzebowali ten dom, nie wiem na co, w każdym bądź razie on za blisko był zakładu. No i przesiedlili ich do Dworów, na Machnaty. Ale tam byli zadowoleni, bo to też szkoła była, tylko szkoła malutka, parterowa. Mieszkali tam niedługo, potem znowu Bauer przyjechał, to wysiedlili rodziców, znowu do prywatnego domu go dali, w którym cztery osoby mieszkały, to znaczy tato, mama, siostra i brat. Cztery osoby w jednym pokoju, z korytarza zrobili kuchnię, tam część tego miejsca dała gospodyni, no i tam mieszkali. I w takiej ciasnocie. Boże, jak oni tam się męczyli strasznie, ta w tym korytarzu ta kuchnia, Boże, ciemna, tu drzwi, tam drzwi i koniec, nic więcej, okna żadnego, nic. Mało, ciasno i niewygodnie, no ale przyzwyczaili się, siedzieli i temu gospodarzowi pracowali u niego, bo nie było wyjścia, żeby kartofli trochę, czy jarzyny zasadzić, czy coś, to już we własnym zakresie robili, dostali kawałek pola i wykonywali tam czynności, jakie mogli, tak się umęczyli. To nie było życie, to była męka pańska. I tak się poniewierali z Monowic na Machnaty, z Machnat do gosposi, to jest trzeci raz, a czwarty raz na Stare Stawy. Tam przez okres jakiś mieszkali, ale ten brat wystarał o mieszkanie z kolei na dworcu, bo my ciągli do Brzezinki, aby iść na swoje progi.
27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej zajęli miasto Oświęcim. Wyzwoleni zostali więźniowie w obozach Auschwitz I, Auschwitz II-Birkenau i Auschwitz III-Monowitz. W sumie na ich terenie znajdowało się około 7500 więźniów. Po zakończeniu wojny wysiedleni Polacy wracali w poszukiwaniu swoich domów. Często okazywało się, że stracili cały dorobek życia.
Maria Gawron
Później już weszli Rosjanie, jeszcze strzały, tu słychać było, bo były potyczki na Wiśle i już Niemcy uciekali, prawda, Rosjanie tutaj szli od wschodu.
Zofia Przybyłowska
No każdy chciał wrócić i na swoje. Pierwsze tatuś poszedł z braćmi i z wujkiem, czyli bratem mamy, zobaczyć co na terenie, gdzie myśmy mieszkali, co tam jest. Okazało się, że ze stu domów, których było w tym czasie mieszkało mieszkańców na Borze, to jak się zostało dziesięć, to więcej nie. Wszystko zostało zburzone.
Maria Gawron
Nasz dom rodzinny tam, to jest za tamtą Śląską, nasz był zniszczony, całkiem ten dom był zniszczony, cała ściana była od zachodniej strony, dziury, nie do zamieszkania. Więc strzały słyszeliśmy, ale myśmy szli i ja, młodsze rodzeństwo, nie tylko ja, z moją mamą i siostra i szliśmy tutaj zobaczyć dom. Czyli nic żeśmy tu nie zastali. Wróciliśmy do domu, ale w krótkim czasie przeprowadziliśmy się, ale nie do swojego domu, bo to nie dało się, u babci żeśmy zamieszkali.
Marian Górnicki
Pod koniec marca wróciliśmy dopiero. Doszliśmy około godziny dwunastej w nocy. No jak żeśmy doszli, ulica cała była zbombardowana nasza. Bardzo rzadko, który dom był cały, wszystko było w ruinach. Z daleka patrzyliśmy, nasz dom stał, trochę był uszkodzony, bo bomba podobno wpadła i zatrzymała się na stropie i nie eksplodowała. Ale widzimy, cały stoi. Weszliśmy, ale co było, brama wyłamana, rozbita, okna też, drzwi wszystkie powyłamywane, nigdzie zamka nie było. Wszystko z domu było wyniesione, no bo od 27 stycznia do końca marca to było tyle czasu, że mogli wszystko przecież wybrać.
Józefa Handzlik
Nic już tam nie było, domów już nie było, pusto, wygładzona ziemia, wygładzona, równa, bez jakichś cegieł, bez niczego, bez rumowiska, tylko pola, pola i jeszcze raz pola.
Janina Stawowy
Jak myśmy przyszli, to tam jeszcze tylko był barak po obozie i szkoła zamknięta, jeszcze druty wkoło, to było takie świeże wszystko. A jeśli ten dom został jakiś tam gdzieniegdzie, no to taki pusty albo zdewastowany.
Helena Grzesło
Była bieda w domu, bo jak my wrócili z wysiedlania, to my nie mieli co jeść. Wszystkie sklepy były zrabowane, nie było nic. My se przywieźli mąkę na chleb, nie było drożdży i jak mama upiekła chleba, to tego się nie dało jeść bez drożdży. To był sam zakalec i nie każdy to poradził jeść. Nie mieli my co jeść po wojnie. To był głód, ino ziemniaków było w piwnicy dużo, a Bauer wszystko zabrał. Zabrał tacie parę koni, wszystko bydło, nie mieli my nic. Przyszli my, ściany, pusta stajnia, nic nie było. Tu wiosna się zbliża, ani konia, ani krowy, bo nie było ani tego. Wszystko zabrał.
Wanda Saternus
Aż się wojna skończyła przez te pięć lat, dopiero w ‘45 roku. Ale cóż, przyszli nie ma nic i nie wychodzili. Długo mieszkali jeszcze po tych mieszkaniach, ale później dawali takie baraki, co były po tych więźniach, nie w Oświęcimiu, tylko tu był taki na zakładach chemicznych. Nazywali to IG i te baraki, wszystkie, kto potrzebował, kto miał dom zwalony, szli tam i dawali tym ludziom te baraki, żeby se, no to tutaj dużo tych, to w Broszkowicach dużo było tych baraków, bo się tu powprowadzali. Tutaj, ojej, domy były popalone, to się dopiero się potem pomału tak budowali, teraz tak rozbudowali. Tak się wprowadzali, wprowadzali.
Zofia Przybyłowska
Zostały tylko schody po tym nowym domu. Wujek mówi: nie mamy się co martwić. Trzeba zakasać ręce. Są tutaj baraki, które stanowiły zaplecze gospodarcze dla obozu, bo w tych właśnie barakach hodowano stajnie i również trzodę chlewną, świnie. Robimy prowizoryczne fundamenty z cegieł, które tam zdobędziemy i te ściany z tych baraków i zrobimy jakiś dom mieszkalny, byle by można było z rodziną wrócić.
Marian Górnicki
Nie było nic, kompletnie nic. Ojciec poszedł na Kruki, na wioskę, kupił trzy snopki słomy i na słomie, na podłodze spaliśmy prawie miesiąc czasu. Dopiero po miesiącu czasu gdzieś udało się ojcu jakieś jedno, drugie łóżko zdobyć. Jeszcze ja do liceum chodziłem, to jeszcze na skrzyni odrabiałem lekcje, bo nie było stołu. Skrzynia taka wielka była, bo ojciec przyniósł ją, to służyło nam za stół. Krzesła nie było, nie było nic, kompletnie żadnego mebla. A pieniędzy też nie było, bo skąd je wziąć? Nie było jak zarobić. No zaczęli pomału chłopi przychodzić z robotą, no to ojciec zaczął robić, parę groszy zarabiał.
Janina Stawowy
Trzeba było jakoś wybudować to mieszkanie, no nie było z czego, więc uzgodnili, że budowali z tego baraku, co tam był wybudowany dla tych więźniów, ludzie, którzy nie mieli domów, rozbierali ten budynek, ten barak, bo to były takie płyty metrowej szerokości, podwójne deski, w środku takie listwy. Wyglądały w ten sposób, że to z dwóch stron deski, a w środku połączone takimi szpalkami i brali ci ludzie, którzy potrzebowali na budowę, te płyty przywozili i z tego budowali. Kto tylko mógł to pracował, żeby to wybudować i budował ten dom. To mieszkanie i obok zaraz chlew taki, żeby dla zwierząt, jak coś, chociaż jeszcze nic nie było, no ale już ten budynek taki powstał.
Zofia Przybyłowska
W sierpniu już mieszkaliśmy w swoim domu. Był to dom drewniany, dwa pokoje, kuchnia i z jednego pomieszczenia była stajnia zrobiona. No ale co, wróciło się, pole było, ale nie było czym obsiać, nie było czym obsadzić. Przede wszystkim wszyscy się dzielili. Jeśli mama miała taki duży plon w ziemniakach, to mama udostępniała wszystkim innym, żeby mogli na przyszły rok sobie sadzić. Bo tak było, że część, taką żelazną rezerwę się zostawiało, bo do sadzenia. A to, co zostało do jedzenia, to tak na co dzień się musiało dzielić, żeby wystarczyło.
Piotr Bielenin
Moja rodzina dopiero w ‘65 roku wybudowała nowy dom. Ja się urodziłem w nowym domu, urodziłem się w ‘69 roku, natomiast moje starsze rodzeństwo, jestem najmłodszy, urodziło się w kurniku. Dziadek, który był murarzem, wrócił w ‘45 roku, w marcu już zaczął odnawiać jeden z kurników. Nie mogli wrócić na to stare miejsce, bo musieli jak najszybciej opuścić Jawiszowice, żeby wrócić gdziekolwiek, więc zaadoptowali jeden z kurników na mieszkanie i dopiero potem moi rodzice, którzy pobrali się w ‘52 roku, doprowadzili do wybudowania nowego domu. W ‘65 dopiero. Nie było żadnej pomocy znikąd, tylko tata pracował, w tym momencie była szóstka dzieci była u nas w domu, więc warunki były, jakie były.
Nie jest znana całkowita liczba oświęcimskich Żydów, którzy ocalali z Holokaustu. Nieliczni, którzy przeżyli, zdecydowali się na powrót do Oświęcimia. Według sprawozdania Zarządu Miasta z 25 września 1945 r. w Oświęcimiu mieszkało wówczas jedynie 186 Żydów.
Lola Bodner
Mój mąż był pierwszym Żydem, który wrócił do Oświęcimia. Pierwszą noc spał u swojej ozery, u swojej sprzątaczki. Ale to straszne miejsce ciągnęło stale do Oświęcimia. Jeszcze trupy leżały i ludzie byli bardzo chorzy, ale on jednak szukał, może gdzieś znajdzie kogoś ze znajomych, krewnych. Tak codziennie szedł do tego obozu. Pewnego dnia doszło do niego dziecko czteroletnie, mniej więcej czteroletnie, myśmy nie wiedzieli ile lat on miał. Mój mąż go zabrał, on doszedł do niego i pytał się: „chcesz być moim ojcem?” Mój mąż – człowiek, który ważył 80 kilo normalnie, on ważył 48 kilo, był spuchnięty, chory, zabrał go, chociaż nie miał miejsca, on jeszcze nie miał swojego domu, nie miał mieszkania w ogóle. Był u rodziny Polaków, którzy go znali sprzed wojny i dali mu kąt.
Z relacji Tadeusza Firczyka, mieszkańca Oświęcimia
Na terenie Oświęcimia do czasu wyjazdu to byli Żydzi, byli na przykład państwo Kerblowie, była siostra jedna i druga. Ona natomiast, jedna miała sklep spożywczy, było to przy ulicy Mickiewicza i druga siostra jej miała masarnię, prowadziła wyroby końskie. I to były dwie siostry, one razem były, mieszkali można powiedzieć w jednym budynku. W tym budynku nikt nie mieszka, wyprowadzono wszystko, ślad po tym, jak się to mówi zaginął, tymi mieszkańcami, bo przeprowadzili się gdzie indziej.
Sabina Rosenbach
Byłam tak chora, że nie rozumiałam, co to znaczy wolność. Mówiłam do siebie, że Anglicy zmienią Niemców, może oni będą dla nas lepsi i dadzą nam wodę i nie będą bić. Anglicy zaczęli rozdawać jedzenie, swoje konserwy mięsne. Ludzie wygłodzeni przez tyle lat rzucili się na to jedzenie. Dostali biegunki i skrętu kiszek. Padali trupem jak muchy. Ja na szczęście nie mogłam jeść, miałam silną gorączkę i chciałam ugasić pragnienie. Wciąż myślałam, że nie wolno mi opuścić lagru, bo może mamusia przyjdzie mnie szukać. Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że mamusia z rodziną już nie żyje. Dowiedziałam się o tym po wojnie. Okazało się, że początkiem 1943 roku moja mamusia, Amalia Lesser, została wysłana z trzema młodszymi siostrzyczkami Fajcią – Felicja, Ecią – Erna i Hajcią – Helena z Chrzanowa do Auschwitz. Moi bracia, Hesiek – Abraham Civi i Tulek – Naftali, zostali w tym czasie wywiezieni do Niemiec, do obozu. Pewnego dnia przyjechał do ich obozu esesman Lindner, rozkazał się ustawić do apelu i co dziesiątego spośród nich zabrał ze sobą. Znalazł się wśród nich też mój starszy brat, Hesiek. Każdy myślał, że jadą do lepszego obozu. Mój drugi brat, Tulek, starał się przedostać do starszego – Heśka. Złapano go, pobito i zawrócono z powrotem. Ci, których Lindner zabrał, wysłał do Auschwitz i tam zginęli. Po krótkim czasie spotkałam się z moim bratem. Nie miał odwagi wrócić do domu, do Oświęcimia.
W czasie wojny Niemcy wysiedlili około 8-9 tysięcy Polaków zamieszkujących Oświęcim i okoliczne wsie oraz ponad 7 tys. oświęcimskich Żydów. Po wojnie miasto się zmieniło, zmieniła się też struktura ludności, a po licznych żydowskich mieszkańcach pozostały jedynie ślady m.in. w postaci cmentarza żydowskiego i małej synagogi.
=====
W podcaście wykorzystano materiały ze zbiorów:
Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau:
- relacja Zofii Przybyłowskiej
- relacja Piotra Bielenina
- relacja Mariana Górnickiego
- relacja Sylwestra Szałaśnego
- relacja Krystyny Szałaśny
- relacja Sabiny Rosenbach (spisana, odczytana przez lektorkę)
- relacja Heleny Mataniak (spisana, odczytana przez lektorkę)
- relacja Heleny Hoły (spisana, odczytana przez lektorkę)
Muzeum Pamięci Mieszkańców Ziemi Oświęcimskiej:
- relacja Heleny Grzesło
- relacja Aleksandra Karkoszki
- relacja Józefy Handzlik
- relacja Wandy Saternus
- relacja Marii Gawron
- relacja Janiny Stawowy
- relacja Wandy Patyny
- relacja Henryka Kuczka
- relacja Marii Jurczyk
- relacja Tadeusza Firczyka
Muzeum Żydowskie w Oświęcimiu:
- relacja Abrahama i Jerzego Feinerów
- relacja Loli Bodner
Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma w Warszawie:
- relacja Ewy Neiger (spisana, odczytana przez lektorkę)
- relacja Sylwii Bachner (spisana, odczytana przez lektorkę)
- relacja Anny Hönig (spisana, odczytana przez lektorkę)
- relacja Tauby Grünn (spisana, odczytana przez lektorkę)