Marsze ewakuacyjne w relacjach Ocalałych i innych świadków
Transkrypcja podcastu
Posłuchaj na: SPOTIFY | APPLE PODCAST
17 stycznia 1945 roku esesmani rozpoczęli ewakuację obozu Auschwitz. Około 56 tysięcy więźniów i więźniarek pod eskortą uzbrojonych esesmanów wymaszerowało z różnych części kompleksu obozowego w kierunku Wodzisławia Śląskiego oraz Gliwic. Ofiarami tak zwanych Marszów Śmierci padło kilka tysięcy osób: więźniów i więźniarek. W podcaście o „Auschwitz” przytaczamy fragmenty relacji świadków dotyczące tych wydarzeń.
Róża Dryjańska:
„Przez służbę obozową docierały wieści o rychłym zakończeniu wojny. W początkowym okresie nadzieje te podbudowywano wieściami o rychłym wyzwoleniu Polski przez Amerykę, jednak od lipca czy sierpnia 1944 roku zdecydowanie twierdzono, że wyzwolą nas wojska radzieckie, które odnoszą zwycięstwo za zwycięstwo i zbliżają się do Oświęcimia. Ach, jak czekaliśmy!”.
Jan Gabryś:
„W obozie zapanowało podniecenie, ale nie wiedzieliśmy, co się stanie z nami. Było kilka możliwości, nie wyłączając tego, że zostaniemy przez Niemców zlikwidowani. Trwaliśmy więc w niepewności”.
Erwin Olszówka:
„Otrzymałem polecenie wyniesienia przed blok 24 wszystkich dokumentów, gdzie miały być spalone. Wykonania tego rozkazu pilnowali Rapportführerzy Kaduk, Hertwig i Clausen. Niektóre księgi ukryte przeze mnie pod biurkiem w Schreibstubie pozostały, lecz nie wiem, jaki był ich dalszy los”.
Antonina Piątkowska:
„Esesmanki biegały po całym obozie z bańkami z benzyną. Więźniarkom kazano wynosić z biur, paczkarni i innych pomieszczeń administracyjnych wszystkie książki biurowe, kartoteki, spisy więźniarek – różne dowody zbrodni niemieckich – i składać poza barakami. Tam polewano je benzyną i podpalano”.
Helena Włodarska:
„W nocy z dnia 17 [na] 18 stycznia trwał bardzo długo alarm lotniczy. Nieprzeniknione ciemności zaległy cały obóz, nikt nie spał, jak gdyby w oczekiwaniu czegoś, co musi nastąpić”.
Anna Tytoniak:
„Z krótkiego snu wyrwał nas huk detonacji. Było to bombardowanie Oświęcimia. Z radosnym okrzykiem cały barak kobiecy witał każdy wybuch bomby. Po północy na oddzielonym drutem kolczastym podwórku gospodarczym, gdzie normalnie panowała cisza, zrobił się ruch. Nawoływania, krótkie gardłowe komendy wydawane w języku niemieckim świadczyły o tym, że coś się dzieje w mrokach nocy. Widać było więźniów mężczyzn przy wozach, w jakimś gorączkowym pośpiechu i gonitwie pakowali paszę dla bydła. Blokowa Niemka gwizdaniem przywabiła blokowego z męskiego bloku i ten krótko zawołał, że ewakuacja całego obozu”.
Janina Hinczowa:
„Obudzono nas w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 roku. Blokowa oznajmiła nam zgodnie z poleceniem, że „wróg” się zbliża. Mamy się ubierać szybko i stanąć w szeregi do apelu”.
Maria Ślisz:
„Gwizdki na apel zbudziły nas wcześniej niż zwykle, a mianowicie przed godziną 3.00 rano. Był to ostatni apel w obozie kobiecym w Oświęcimiu, po którym nie pozwolono nam rozejść się do bloków. Ustawione piątkami czekałyśmy na rozdanie kawy, względnie ziółek, co nazywano w obozie śniadaniem. Ponieważ tego dnia zapowiedziano ewakuację obozu, oprócz śniadania każda z więźniarek otrzymała suchy prowiant w postaci dwóch jednokilogramowych bochenków chleba, połowy kostki margaryny. Rozdano nam także po jednym kocu”.
Irena Konieczna:
„Esesmani „naganiali” wprost więźniarki do dołączenia się do transportu. Mówili [...], że cały obóz jest podminowany i po ich ustąpieniu zostanie wysadzony w powietrze”.
Franciszek Wieszała:
„Rozpoczęła się ewakuacja obozu. Nasza grupa, licząca prawie 5 tysięcy więźniów, wyszła z obozu około godziny 24.00. Więźniowie mogli zabrać ze sobą po dwa bochenki chleba, konserwy mięsne i dwa koce”.
Jadwiga Zając:
„[…] wpadła blokowa z krzykiem, żeby wstawać i zabierać z sobą koce. Jak jednak zabrać koce kiedy były tylko dwa na pryczy, a nas cztery. Blokowa wprawdzie rzuciła jeszcze parę, ale nie starczyło dla wszystkich. Mnie jednak udało się jakiś złapać. Kiedy wychodziłyśmy z bloku wydawano każdej bochenek chleba i ustawili nas przed barakiem. Małe dzieci, które umiały chodzić też szły. Starsze się nimi opiekowały. Prowadziłyśmy je trzymając za ręce. Szłyśmy przez Lagerstrasse w kierunku bramy”.
Jan Dziopek:
„Wychodziliśmy w kolumnach piątkowych po 100 ludzi. Na bramie stało kilku oficerów SS, którzy usuwali z transportu kulejących i starszych wiekiem. Mnie chcieli usunąć z tytułu wieku, ale prosiłem ich, mówiąc, że jestem silny i zdrowy – więc puścili mnie. Na drogę otrzymaliśmy po 2 bochenki chleba, 33 dkg margaryny i 1 puszkę 1 kg konserw mięsnych na 3 ludzi”.
Abraham-Dawid Feffer:
„Szliśmy przez jakieś miejscowości, których nazw dziś nie pamiętam”.
Maria Świderska:
„Jeszcze w szeregach słychać gwar i rozmowy – jeszcze jesteśmy pełne entuzjazmu. Trwa to jednak niedługo. Tempo marszu jest mordercze. Coraz ciszej w szeregach – głowy zwieszone – entuzjazm gaśnie. Nogi zaczynają się plątać, szeregi mieszają się, nie widać już piątek, transport rozwleka się na olbrzymim odcinku drogi. Słychać coraz częstsze westchnienia w szeregach i uwagi: – Daleko tak nie zajdziemy”.
Franciszek Wieszała:
„Kolumna idących więźniów bardzo się rozciągała. Czasami część kolumny zatrzymywała się na 10-15 minut, a następnie musieliśmy dopędzać, co było bardzo męczące tak ze względu na tempo, jak i wyślizganą i oblodzoną drogę”.
Israel Berkowski:
„Za Oświęcimiem, w odległości 5-10 km, zaczęto w szeregi idących więźniów strzelać. Dowiedzieliśmy się, że esesmani specjalnie strzelali do ludzi, chcąc w ten sposób pomniejszyć transport. Przed nami szedł transport kobiet. Droga z dwóch stron była usiana rozstrzelanymi kobietami. Za nami też szły jeszcze kobiety”.
Józef Tabaczyński:
„Za Bieruniem zaczęliśmy spotykać ciała więźniów leżące z boku drogi. Byli to ci, którzy ginęli od kul esesmańskich jako niezdolni do dalszego marszu. Od czasu do czasu słychać było strzały [...]”.
Wanda Błachowska-Tarasiewicz:
„[...] Co chwilę padał strzał – to esesmani załatwiali się w ten sposób z tymi, które osłabły i iść już nie mogły. Wiatr i mróz dał się nam we znaki. Słabsze zaczęły stopniowo opróżniać plecaki. Rzucały koce, bieliznę, zapasowe suknie lub buty, by odciążyć się trochę. O godzinie 2 w nocy zarządzono postój. Na nocleg dano nam stodołę i stajnię – pakowano nas tam po prostu jedna na drugą. Nie było słomy. Drzwi były pootwierane. Zmarzłyśmy tam jeszcze więcej, a zamiast odpocząć, zmęczenie nasze potęgowało się. Buty miałyśmy zupełnie przemoczone, nogi w obuwiu pływały. Rano, o godzinie 8, dalszy marsz bez śniadania. [...] Mróz był silny, chciałyśmy trochę śpiewać, by podnieść na duchu słabe i starsze, niestety, esesmani strzałami zagłuszyli nasz śpiew. Coraz więcej spotykałyśmy trupów w różnych pozycjach, przeważnie z rozbitymi czaszkami, leżących na brzegach drogi. Dużo też z naszego transportu za sobą zostawiłyśmy [...]”.
Jan Gabryś:
„Podczas marszu stwierdziłem, że mijam okolice, które dosyć dobrze znałem, postanowiłem więc wykorzystać pierwszą sprzyjającą okoliczność do ucieczki. Zamierzenie to rzeczywiście udało mi się zrealizować. Zaczynało się stopniowo rozwidniać, był to więc ranek dnia 18 stycznia. Przechodziliśmy akurat w pobliżu jakiegoś zagajnika za Brzeszczami, gdy spostrzegłem, że powstał dosyć duży odstęp pomiędzy jednym a drugim Postem, który szedł z boku naszej kolumny. Od czasu do czasu któryś z nich zatrzymywał się, interweniował, po prostu w takich chwilach nie mogli oni równocześnie zwracać uwagę na każdego z maszerujących. To była szansa, którą wykorzystałem. (…) Szybko odskoczyłem od maszerującej kolumny i wbiegłem do znajdującego się po tej samej stronie zagajnika. Trzeba jednak zaznaczyć, że ze względu na chorobę byłem osłabiony, nie mogłem szybko biec, a prócz tego w lesie znajdował się dosyć głęboki śnieg. Gdyby więc zauważono moją ucieczkę, nikłe miałem szanse na ocalenie życia. Miałem jednak szczęście. Nie posłyszałem za sobą żadnego wezwania do zatrzymania, nikt za mną nie strzelał”.
Zofia Stępień-Bator:
„[...] Biała droga, a po bokach dwie duże, czarne ściany lasu. [...] Słychać było skrzypienie śniegu i ciężkie oddechy zmęczonych więźniarek. [...] Strzały wciąż rozrywały ciszę nocy i wciąż ktoś walił się do rowu na wieczny odpoczynek. W pewnym momencie ktoś przede mną upadł. Pomogłam wstać. Była to drobna dziewczyna, ostatecznie wyczerpana i tak zupełnie samotna, jak ja. Potykała się co chwilę. Na plecach miała wielki majdan. „Rzuć to, będzie ci lżej” – prosiłam. „Nie, tam mam chleb, jak go rzucę, umrę z głodu”. Ciężko oddychała i kwiliła jak niemowlę. Zrzuciłam jej tobół na ziemię. Zapłakała głośno. „Nie płacz, ja mam chleb, będę razem z tobą szła i będę się z tobą dzieliła. Nie masz przecież siły nic dźwigać”. Dowiedziałam się, idąc tak obok i podtrzymując ją, że nie ma nikogo na świecie, że jest Żydówką z okolic Radomia, że jej rodziców zabito, że właściwie nie ma do kogo wracać i gdzie. Lamentowała tak, zużywając na to sporo energii. Zabroniłam jej w końcu mówić i jęczeć. Oświadczyłam, że wróci ze mną do mojego domu, że jej nie opuszczę. Prosiłam, żeby zebrała siły, byle do świtu, a rano, jak zaświeci słońce, to już będzie lżej. Uspokoiła się, jakiś czas szła równym krokiem, aż znów upadła. Podniosłam ją. Teraz już ją ciągnęłam. Nikt mi nie pomagał. Mijały nas więźniarki, same ledwo idąc. A ja... straciłam także siły, byłam cała spocona z wysiłku, ale już nie mogłam jej zostawić. Tak znalazłyśmy się na końcu kolumny. Kiedy upadła już ostatni raz, a ja nie miałam siły jej podnieść, wzywałam pomocy, wtedy czyjeś ręce chwyciły mnie i pociągnęły do przodu. Bardzo zmęczona, nie zdawałam sobie sprawy, że już nie uratuję tej dziewczyny, że sama mogę razem z nią zginąć. Jakaś nieznajoma więźniarka zorientowała się w sytuacji, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Za chwilę padł strzał. To moja biedna, mała podopieczna, której obiecałam, że jej nie opuszczę, przestała cierpieć. [...] echo tego strzału trwa dotąd w mojej pamięci [...]”.
Natan Żelechower:
„Po kilku godzinach marszu czujemy wyraźnie zmęczenie. Nogi marzną w drewniakach, koce nie chronią przed mrozem. Coraz częściej widzimy po obu stronach szosy trupy mężczyzn i kobiet. Leżą porzuceni byle jak. Widać, że odciągnięto ich z szosy na bok. Wokół każdego trupa zakrzepła kałuża krwi. Ci nie wytrzymali marszu. Padali z wycieńczenia, a straż chcąc upewnić się, że nie powstaną więcej, strzela do każdego upadającego. […] Widok ten podcina samopoczucie wędrujących. Słyszymy strzały – daleko przed sobą, u czoła kolumny, krótkie zamieszanie, więźniowie ciągną za nogi zastrzelonego, składają go w rowie i wracają do szeregu. Nie przerywa to marszu. Znowu strzał – tym razem za nami. […] Idziemy wciąż naprzód, nogi mechanicznie spełniają ciężką służbę dźwigania ciała, żołądek domaga się strawy. Zjedliśmy cały chleb […] Zapada noc, jasna, srebrzysta bielą śniegu i poświatą księżyca. Z trudem poruszamy nogami. Zalewa nas fala ogromnego zmęczenia, ciało ciąży ku ziemi, nie umie odnaleźć w sobie dość sztywności dla utrzymania pozycji pionowej. […] Mechanicznie omijamy leżących. […] Obojętnieję na wszystko, nogi bolą bardzo – zaczynam drzemać w chodzie, co chwila zapadam w letargiczny sen – ci kilkadziesiąt kroków otwieram oczy – i stwierdzam, że jeszcze się wlokę. […] Mijamy jakąś wioskę. Ludzkie twarze o normalnej barwie przylepiają się do szyb okien i znikają przerażone na widok licznej straży niemieckiej”.
Maria Śleziona:
„[...] Tragiczny przemarsz więźniów obserwowałam wraz z domownikami z okna budynku, w którym do dziś mieszkam. Ulicą Pszczyńską pędzono więźniarki. Po lewej stronie ulicy odeszła od kolumny kobieta w bardzo zaawansowanej ciąży. Oparta o mur transformatora trzymała się za brzuch. Kolumna przechodziła, nie zatrzymując się. Nadszedł esesman, przepchnął rodzącą na prawą stronę drogi, na pobocze. Podbiegliśmy do drugiego okna, z którego widoczność była lepsza. Więźniarka leżała na śniegu na plecach. Esesman strzelił jej w twarz z pistoletu i drugi raz w brzuch. [...] Gdy ulica opustoszała, wyszłyśmy zobaczyć zamordowaną. Była to młoda kobieta w wieku około dwudziestu pięciu lat [...]”.
Teofil Balcarek:
„[...] Pewnej nocy [...] przebudziły nas ze snu dobiegające z szosy obok naszego domu, pojedyncze strzały. Fakt ten zaniepokoił nas, jednak nie odważyliśmy się wyjść z domu w stronę szosy. Z okien nic nie było widać [...]. Rano, około godziny 7.30 lub 8, jako tak zwany wozak, wyjechałem wozem konnym z bańkami mleka, swoimi i sąsiadów, w kierunku Kobielic w celu odwiezienia ich w ustalone miejsce koło krzyża. Niedaleko mojego domu ujrzałem na poboczu drogi zwłoki mężczyzny ubranego w pasiaste ubranie. Leżały na skarpie, widać było krew. W dalszej drodze widziałem kilka podobnych zwłok mężczyzn. Niektórzy z zastrzelonych ubrani byli w pasiaki, inni – w robocze ubrania. Ich widok przeraził mnie, dlatego nie zatrzymałem się przy nich. Podczas jazdy do Kobielic spotkałem też podążające w kierunku przeciwnym kolumny mężczyzn, więźniów ubranych w pasiaki i robocze ubrania. Były to dwie lub trzy grupy więźniów liczące po kilkadziesiąt osób. Szli pod eskortą uzbrojonych strażników, bardzo powoli, ledwie ciągnęli nogami”.
Ilona Strusińska:
„W czasie przemarszu podbiegali do nas polscy mieszkańcy różnych miejscowości górnośląskich, wynosząc nam mleko i chleb. Esesmani przepędzali siłą tych ludzi i maszerowaliśmy dalej, bez chwili wytchnienia, bez możliwości napicia się czegokolwiek”.
Jan Dziopek:
„Mamy za sobą 12 godzin marszu. Zmęczenie fizyczne spotęgowane pragnieniem odbija się na naszych twarzach. Wyglądamy jak po przebytej chorobie. Wchodzimy do Pszczyny. Prowadzą nas przez miasto bocznym ulicami. Przechodzimy obok okazałego zamku książąt pszczyńskich. Na twarzach przechodniów maluje się żywe dla nas współczucie, u wielu pań widzimy łzy. […] Idziemy, jak mówią esesmani, do Poręby, miejscowości odległej dwa kilometry od Pszczyny. Zrobiliśmy zatem w pierwszym dniu 29 kilometrów drogi. W Porębie otrzymaliśmy nocleg w zabudowaniach dworskich. Jedna stodoła i stajnia z bydłem”.
Maria Żumańska:
„Był to pierwszy odpoczynek. Ulokowano nas w jakichś stodołach, pozwalając się rozejść do prywatnych domów. Robiło to takie wrażenie, jakby esesmanom nie zależało na nas, jakby chcieli się nas pozbyć”.
Jadwiga Zając:
„[…] Był to jakiś folwark czy dwór. Była tam olbrzymia stodoła i jeszcze jakieś inne pomieszczenia gospodarcze w których nas ulokowano. Mnie się udało dostać do tej stodoły. Tam była słoma pod którą udało mi się wcisnąć i zasnąć. Po spędzonej w ten sposób nocy wypędzono nas rano w dalszą drogę. Oczywiście już nic nam nie wydawano do jedzenia, każda tylko rwała po kawałku tego wydanego w Oświęcimiu chleba i zbierałyśmy śnieg z drogi, jak Niemcy, którzy szli z psami nie widzieli, bo przecież nie można się było zatrzymywać, a chciało nam się pić”.
Józef Ciepły:
„Z Poręby maszerowaliśmy do miejscowości Brzeźce, następnie Studzionki. W Studzionce przed budynek szkolny, stojący obok drogi, wyszedł starszy mężczyzna, który miał w wiadrze jakiś płyn do picia – była to podobno kawa zbożowa z mlekiem. W pewnym momencie podszedł do niego esesman i zadał pytanie: „To jest dla nas?”. Mężczyzna przytaknął i płyn wypili esesmani. Jestem jednak pewny, że kawa była przeznaczona dla więźniów”.
Eulalia Kurdej:
„Kiedy poderwano nas do marszu, jedna z więźniarek powiedziała mi: „Nie ściągaj dziecko butów, bo ich nie włożysz”. Miała rację. Moje nogi były tak spuchnięte, że w razie ściągnięcia butów już bym ich nie mogła włożyć. Dołączyłam do naszej kolumny”.
Róża Dryjańska:
„Po drodze mijałyśmy wielu słabnących, nie mogących iść dalej. Wśród nich Zosia Zdrowak, moja serdeczna przyjaciółka. Miała strasznie spuchnięte nogi obwiązane kocem. Zaczęłyśmy ją holować – razem z Anielką. Była wyższa od nas – wspierała się na nas i szła na obolałych nogach”.
Franciszka Pieczka:
„Podczas przemarszu zdarzały się różne tragiczne sytuacje. W pewnym momencie z naszej grupy odłączyła się kobieta, która osunęła się do rowu i zaczęła rodzić. Zatrzymałyśmy się obok niej, zastanawiając się, jak jej pomóc, gdy zbliżył się do nas jeden z esesmanów, który kazał się nam odsunąć, a następnie zastrzelił kobietę. To był straszny widok”.
Leszek Zienc:
„Buty miałem ciasne i to do tego drewniaki, nogi spuchnięte, poobcierane, wlokłem się resztką sił. Obejrzałem się w tył, za mną na sankach psy ciągnęły ciężki karabin maszynowy, esesman manipulował coś przy zamku. W oczach zrobiło mi się ciemno, poczułem słabość, nogi mi się chwiały, przed oczami stanęła mnie moja cała rodzina. Wiedziałem, że esesman za chwilę do mnie strzeli. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię i powiedział po rosyjsku: „ty musisz dojść, na ciebie czeka rodzina”. Z drugiej strony chwycił mnie drugi więzień i podał do ust spieczonych z gorączki, z menażki, wody. Nie wiem, dlaczego esesman nie strzelił. Może dlatego, że zebrałem trochę sił”.
Wanda Bienioszek:
„Dalsza trasa przemarszu prowadziła przez Pawłowice, przechodziliśmy koło mleczarni, do Jastrzębia-Zdroju. Tam, po krótkim postoju, zostaliśmy przejęci przez Wehrmacht. Po zmianie konwojentów maszerowaliśmy dalej”.
Jan Dziopek:
„Wieczorem dochodzimy do Jastrzębia-Zdroju. Wprowadzają nas na podwórze dużego gospodarstwa dworskiego. Podobnie jak w Porębie tylko mała garstka szczęśliwców znalazła pomieszczenie pod dachem, a reszta musiała koczować w polu”.
Józef Ciepły:
„W Jastrzębiu Zdroju zarządzono kolejny nocleg. Dla więźniów przeznaczono zabudowania dworskie, tzn. stodoły. Część więźniów spała na gnojowisku. Spędziliśmy tam dwie noce” […] Dopiero w poniedziałek około godziny jedenastej rano dano sygnał do marszu”.
Jan Dziopek:
„Idziemy w kierunku Wodzisławia. Maszerujemy w czasie dużej zawiei śnieżnej. Śnieg tnie nas po twarzy, a wiatr przenika do szpiku kości i mimo marszu marzniemy”.
Maria Świderska:
„Nagle przerażone dowiadujemy się od Posta, że w Wodzisławiu załadują nas do wagonów i dalej pojedziemy. Niektóre cieszą się, że już nie będzie trzeba dalej iść. My jesteśmy przygnębione – nadzieja ucieczki – wolności – oddala się od nas”.
Wanda Bienioszek:
„Maszerowaliśmy już ostatkiem sił. Maszerowaliśmy razem z matką i dwoma siostrami. Kiedy dochodziliśmy do Wodzisławia, byłyśmy już całkowicie załamane. Popuchnięte nogi, biegunka i osłabienie spowodowały, że postanowiłyśmy raczej razem zginąć, jak trwać w tym koszmarnym marszu. Zwróciłam się do idącego obok nas esesmana z prośbą, aby po prostu nas cztery zastrzelił, gdyż nie możemy dalej maszerować. Był to jakiś esesman węgierskiego pochodzenia, bo w łamanej niemczyźnie powiedział, że w Loslau nastąpi załadunek. Te jego słowa być może uratowały nam życie, nie zostałyśmy z tyłu kolumny”.
Jadwiga Zając:
„Doszliśmy w ten sposób do jakieś stacji - potem dopiero dowiedziałam, że był to Wodzisław, bo wtedy nie widziałyśmy żadnych napisów, ani też nie zwracałyśmy na to uwagi. Doszłyśmy do bocznicy, gdzie stały wagony towarowe, ale nie kryte, tylko takie węglarki”.
Józef Ciepły:
„Ładowano nas do węglarek nieco innego typu niż spotykanego w Niemczech lub Polsce. Były to bodaj wagony produkowane we Francji, o powierzchni podłogi 20 m2 , czyli na jeden metr kwadratowy przypadało po pięciu więźniów”.
Józef Tabaczyński:
„W wagonach panował okropny tłok. Żaden z więźniów nie mógł się właściwie poruszać ani zmienić raz zajętej pozycji”.
Jan Dziopek:
„Mija noc jedna, mija noc druga, a my dalej w tych samych warunkach bez jedzenia i picia. Zimno, głód, pragnienie dokuczają nam. W dzień ogrzewa nas słoneczko, toteż wychylamy głowy spod koców, które rozłożyliśmy nad naszymi głowami, a przed naszymi oczyma te same znużone i wyczerpane twarze kolegów”.
Józef Tabaczyński:
„Zatrzymując się często na trasie, jechaliśmy bardzo powoli. Trudno mi jest obecnie dokładnie opisać to, co zaczęło się dziać w czasie jazdy. Pozbawieni osłony przed mrozem więźniowie opadali z sił. Rozgrywały się dantejskie sceny. Każdy walczył o miejsce, które zajmował. Słabsi i wycieńczeni więźniowie, konając, zsuwali się na dno wagonu. Tam ginęli tratowani przez tych, którzy mogli się jeszcze utrzymać na nogach. Rozdzierające jęki umierających mieszały się z okrzykami, jakie wydawali niektórzy więźniowie popadający w obłęd. Gryząc, kopiąc i drapiąc najbliższych sąsiadów, stawali się zbyt niebezpieczni. Wypychano ich więc za burty pędzącego pociągu.”.
Wanda Koprowska:
„Noc długa jak wiek cały, a zimno... żeby chociaż na moment oprzeć gdzieś głowę, bo taka bardzo ciężka. W wagonie uciszyło się zupełnie, niektóre kobiety śpią, wywalczyły sobie trochę miejsca. Tylko pociąg sunie niestrudzony. Dokąd? Dokąd? Dopiero nad ranem stanął. W wagonie znów rwetes. No i ta ciemność przerażająca, nie widać własnego nosa”.
Ilona Engelova:
„Wagony były tak przepełnione, że żadna z więźniarek nie mogła usiąść. Ja bezwiednie osuwałam się na inne. Nie pamiętam, jak długo trwał przejazd. W każdym razie zawieziono nas do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Gdy wysiadałyśmy na stacji, mieszkańcy (Niemcy) spoglądali na nas z nienawiścią”.
Jadwiga Zając:
„Zmarznięte, spłakane dojechałyśmy do Ravensbrück. Znów ta sama procedura: kąpiel, obcinanie włosów. Zabrali nam przy tym wszystko co ze sobą miałyśmy. […] Ponieważ w tych stałych barakach nie było już dla nas miejsca, więc przeprowadzili nas przez cały obóz na teren, gdzie były takie olbrzymie namioty […]. Ulokowano nas w nich po ile się zmieściło. Wewnątrz nie było nic, tylko goła ziemia. Jak długo tam byłyśmy nie wiem. Po czterech czy pięciu dniach dopiero zaczęto spisywać i nadawać numery. Jakiś numer otrzymałam, ale nie pamiętam go. […]
Jan Wawrosz:
„Nie jestem w stanie stwierdzić nawet w przybliżeniu, ilu więźniów na tej trasie zginęło z wycieńczenia i zimna, a ilu zostało dobitych strzałem z pistoletu w tył głowy”.
=====
Fragmenty relacji czytanych przez lektorów pochodzą z Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau:
Teofil Balcarek, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 115, k. 204-205.
Israel Berkowski, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 35, k. 29.
Wanda Bienioszek, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 116, s. 176.
Wanda Błachowska-Tarasiewicz, APMAB, Zespół Wspomnienia, t. 1, k. 19-20.
Józef Ciepły, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 86, k. 48, 127-128.
Jan Dziopek, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 10, k. 29.
Jan Dziopek, APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 50, k. 138-143
Róża Dryjańska, APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 88, k. 211, 233.
Ilona Engelova, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 80, k. 171.
Abraham Dawid Feffer, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 16, k. 54.
Jan Gabryś, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 104, k. 138-140.
Janina Hinczowa, APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 62, k. 60.
Irena Konieczna, APMAB. Zespół Oświadczenia, t. 113, k. 130.
Wanda Koprowska, APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 13, k. 66-68.
Eulalia Kurdej, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 66, k. 142.
Erwin Olszówka, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 72, k. 138.
Antonina Piątkowska, APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 85, k. 45
Franciszka Pieczka, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 88b, k. 133.
Ilona Strusińska, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 80, k. 170.
Marii Śleziona, APMAB. Inne Zespoły (IZ) – 27/3.
Maria Ślisz, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 61, k. 134.
Zofia Stępień-Bator, APMAB, Zespół Wspomnienia, t. 74, k. 167.
Maria Świderska, APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 21, k. 85, 88.
Józef Tabaczyński, APMAB, Zespół Oświadczenia, t. 44, k. 60-63.
Anna Tytoniak, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 12a, k. 198
Jan Wawrosz, APMA-B, Zespół Wspomnienia t. 1, k. 59.
Franciszek Wieszała, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 16, k. 81.
Helena Włodarska, APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 66, k. 78.
Jadwiga Zając, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 139, k. 13-15.
Leszek Zienc, APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 2, k. 226.
Natan Żelechower, „Siedem obozów”, [w:] Wspomnienia, t. 83, k. 68-72, APMA-B.
Maria Żumańska, APMA-B, Zespół Oświadczenia, t. 4, k. 420.