Rozmiar czcionki:

MIEJSCE PAMIĘCI I MUZEUM AUSCHWITZ-BIRKENAU BYŁY NIEMIECKI NAZISTOWSKI
OBÓZ KONCENTRACYJNY I ZAGŁADY

67. rocznica wyzwolenia Auschwitz

Przemówienie Pniny Segal, byłej więźniarki KL Auschwitz, nr obozowy A-15515

27-01-2012

Stoję tutaj dzisiaj przed tak szacownym gronem – wzruszona, że zostałam uhonorowana zaszczytem reprezentowania mojego kraju – Izraela na obchodach Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Nazywam się Pnina Segal-Kałuszyner. Zostałam wyzwolona w Birkenau 27 stycznia 1945 roku. Była ostra zima – minus 25 stopni. Byłam wtedy sześcioletnią dziewczynką, która przeżyła cały ten horror i jestem tutaj dzisiaj, aby stanąć dumnie przed Wami i opowiedzieć Wam moją historię.

Urodziłam się w Łodzi, w bardzo szacownej i bogatej rodzinie. Mój ojciec miał fabrykę włókienniczą, ale wybuchła wojna, kiedy miałam zaledwie rok. Moja mama miała rodzinę w sąsiednim mieście, w Piotrkowie Trybunalskim, a więc moi rodzice zdecydowali się wysłać mnie z jednym z robotników mojego ojca do rodziny mamy. Moja mama Miriam Kałuszyner-Landau i mój tata Maks dołączyli do mnie kilka dni później. Wszystko było normalne, dopóki nie zamknęli nas w getcie. Tata zachorował na tyfus i został umieszczony w specjalnym szpitalu dla chorych na tę chorobę. Niemcy obawiali się rozprzestrzenienia epidemii. Nie wiem, co stało się z moim tatą. Mama nigdy o tym nie mówiła i nie wiem, czy został zabity, czy umarł. Znam go tylko z trzech fotografii, które ocalały.

Mieszkaliśmy w Piotrkowie z ciotką Salą, siostrą mamy i jej córką Janeczką, która była w moim wieku. Moi dziadkowie Hanna i Aszer oraz mój wujek Jurek zostali wysłani do Treblinki jednym z pierwszych transportów. Przenieśliśmy się do domu na ul. Jerozolimskiej 12 i tam podczas łapanek dzieci były zabierane na strych i instruowane, że mają buzie zakrywać poduszkami, aby nie zostały odkryte. Moja mama zaczęła pracować w fabryce obuwia w centrum miasta. Co rano wychodziła do pracy, a ja zostawałam w domu z ciotką Salą i Janeczką. W zimie 1942 roku mama została zabrana z fabryki do obozu pracy w Skarżysku-Kamiennej, gdzie produkowano naboje do pistoletów. Jako mała dziewczynka, zaledwie trzyletnia, nie rozumiałam, co to znaczy, że „Mamusia została zabrana”, ale tego dnia zostałyśmy rozdzielone na trzy i pół roku. Ciotka Sala, Janeczka i ja zostałyśmy wysłane do obozu pracy w Bliżynie w 1943 roku. Podczas apeli ciotka Sala usuwała kilka desek z podłogi baraku i ukrywała nas pod podłogą. Pozostawałyśmy tam do odejścia żołnierzy.

Pod koniec lipca 1944 roku żołnierze przetransportowali nas w bydlęcych wagonach do Birkenau. Pojedyncze obrazy, które pozostały w mojej pamięci, to zatłoczony wagon, w którym staliśmy w ciemności. Małe wiadro ustawione w kącie służyło za toaletę. Kiedy pociąg wjechał na rampę w Birkenau, drzwi zostały otwarte. Pamiętam żołnierzy w nazistowskich mundurach stojących w skórzanych butach, przy nich duże czarne psy. Grała bardzo głośna muzyka, silny zapach spalenizny unosił się w powietrzu i niebo było czarne od dymu. Zostaliśmy wypchnięci na zewnątrz w stronę obozu (pracy), ponieważ ludzie z mojego transportu przeszli selekcję przed przyjazdem. Mieliśmy szczęście: zostaliśmy skierowani w stronę życia, a nie śmierci, nie do krematorium. Wzięli nas do pomieszczenia, gdzie obcięto nam włosy, ubrano nas w pasiaki i wypalono numery na naszych rękach. W tym momencie przestano mnie nazywać Lusią, stałam się numerem A-15515. Pamiętam tę chwilę bardzo dobrze. Posłali nas do baraków. Cały czas moja ciotka Sala była z nami.

Inny obraz, który pamiętam, to metalowa miska, którą ściskałam, czekając na zupę. Wtedy już wiedziałam, że trzeba poczekać na dno garnka, aby dostać więcej ziemniaczanych skórek niż wody. Szukałam również końcówek chleba, piętek, ponieważ myślałam, że mają w sobie więcej chleba. Do dziś mam ciągle ten zwyczaj i moja rodzina oraz przyjaciele wiedzą, że pierwszy albo ostatni kawałek chleba należy do mnie.

Mijał czas i Janeczka zachorowała. Esesmani to zauważyli i zabrali ją do krematorium. Ciotka Sala nie chciała się z nią rozstać i obydwie zostały spalone. Byłam całkiem sama w baraku i dobre kobiety zaopiekowały się mną.

Znowu nadeszła zima i była to jedna z najcięższych i najbardziej mroźnych zim. W dniu wyzwolenia było minus 25 stopni. Następnego dnia, 28 stycznia, młoda dziewczyna z miasta Oświęcimia przyszła do byłego obozu poszukać „siostry”, którą mogłaby zaadoptować. Nazywała się Kazia. Przyszła do baraku, gdzie były trzymane dzieci. Popatrzyła na mnie i zapytała, czy chciałabym z nią pójść. Podałam jej rękę i poszłyśmy razem do jej mieszkania w mieście. Kazia miała 17, a ja 6 lat. Kiedy przekroczyłyśmy próg domu, jej mama zapytała: „Gdzie byłaś?”. Kazia odpowiedziała: „Poszłam do obozu szukać siostry i znalazłam Lusię. Nie martw się, mamo, ona będzie spała w moim łóżku i będę się z nią dzieliła moim jedzeniem”. Kazia dała mi mały krzyżyk i powiedziała, żebym się modliła. Zapytałam ją: „Czy jak się będę modliła, to wróci moja mama?”, a ona odpowiedziała: „Tak. Ona wróci.”

W marcu tego roku moja mama zaczęła mnie szukać, po tym jak usłyszała, że niektóre dzieci przeżyły wojnę. Czuła i wierzyła, że mnie znajdzie. Po trudnej podróży przyjechała do Auschwitz. W biurze Czerwonego Krzyża powiedziano jej, że córka została zabrana przez Kazię Nowak. Mama dostała się do miasta i chodziła od domu do domu, aż dotarła do mieszkania Nowaków. Otworzyły się drzwi
i stała tam moja mama, na wpół omdlała, kiedy mnie zobaczyła. Przytuliła mnie, pocałowała i zapytała, czy ją poznaję po tych wszystkich latach. Powiedziałam jej: „Tak. Pamiętam Ciebie i pamiętam też Twoją bluzkę.” Była to zielona bluzka z białymi perłowymi guzikami. Kazia była w szoku. Stała z boku i nie mogła uwierzyć, że moja mama przyjechała i że będziemy się musiały rozstać. Wszystkie trzy pojechałyśmy z powrotem do Łodzi i spędziłyśmy tam razem dwa tygodnie. Zanim wyjechałyśmy, mama dała nam zrobić pamiątkowe zdjęcie. Rozstanie z Kazią było ciężkie i trwało 51 lat.

Pojechałam z mamą do Bergen-Belsen, a w 1947 roku przeprowadziłyśmy się na stałe do Izraela. Nie chciałam, aby ktokolwiek wiedział, przez co przeszłam. Chciałam być obywatelką Izraela jak wszyscy inni. Skończyłam szkołę średnią, potem college. Aktywnie działałam w ruchu młodzieżowym. Nikt nie wiedział, a ja nie miałam potrzeby opowiadać nikomu o Holokauście i numerze na mojej ręce.

W 1959 roku wyszłam za mąż za wspaniałego mężczyznę – Dani Segala. Mamy troje dzieci (Yair, Ravit i Asaf) i dziesięcioro wnucząt. Moja mama wciąż opowiadała każdemu moją historię i o wszystkim, przez co przeszłam. Moje dzieci słyszały moją historię od niej. Ja o tym nie mówiłam. Nie mogłam.

W 1995 roku, po spotkaniu ocalałych z Holokaustu, zdecydowałam się opowiedzieć moją historię. Pierwszą rzeczą, jaką miałam zamiar zrobić, było odszukanie Kazi, anioła, który zabrał mnie z Birkenau. Odnalazłam Kazię. Spotkałyśmy się w lutym 1996 roku. Od tego czasu przyjeżdżam z grupami młodzieży do Polski i opowiadam im moją historię. Podczas tych wizyt uczniowie spotykali się z Kazią i było to bardzo interesujące.

Życie Kazi nie było proste. Została wdową, a jej jedyny syn umarł młodo na zawał serca, w wieku 39 lat. Kazia była głęboko wierzącą katoliczką i ufała, że wszystko, co ją spotkało, to była wola boża. Trzy lata temu ciężko zachorowała i przebywała w szpitalu u sióstr. Odwiedzałam ją dwa razy w roku i zawsze cieszyłyśmy się bardzo ze wspólnego spotkania. Kazia odeszła 7 października 2011 roku. Umarła w Yom Kippur, w najświętszym dniu dla narodu żydowskiego. Tylko Sprawiedliwi umierają w Yom Kippur i Kazia jest jedną z nich.

Nadal będę przyjeżdżała do Polski z grupami młodzieży do obozów koncentracyjnych i zawsze będziemy zwiedzać blok 15 w Auschwitz, w którym znajduje się zdjęcie moje i Kazi.

Chcę podziękować wszystkim, którzy wysłuchali historii mojego życia i będę ją nadal opowiadać przyszłym pokoleniom.